DRAMATIS PERSONAE

DRAMATIS PERSONAE




Pirjo Lehtinen - wielbicielka gorących napojów, szczególnie herbaty, kawy i czekolady. W wolnych chwilach zajmuje się spaniem.



R.I.Prescott - domowa bogini researchu.



Lewis Oliver - lubi słuchać gry na akordeonie i trzasków bata. Tresuje bestie w swojej głowie i wypuszcza je na papier.




poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Szkielet w szafie

Pirjo Lehtinen

"Mówię do ciebie cicho tak cicho jakbym świecił
I kwitną gwiazdy na łące mojej krwi
Mówię tak cicho aż mój cień jest biały
Jestem chłodną wyspą dla twojego ciała
które upada w noc gorącą kroplą
... Mówię do ciebie tak cicho jak przez sen
płonie twój pot na mojej skórze
Mówię do ciebie tak cicho jak ptak
o świcie słońce upuszcza w twoje oczy
Mówię do ciebie tak cicho
jak łza rzeźbi zmarszczkę
Mówię do ciebie tak cicho
jak ty do mnie..."
Rafał Wojaczek

Gdy jesteś dzieckiem, nie wierzysz w śmierć, choć wiesz o jej istnieniu. Cmentarz jest romantyczną dekoracją, miejscem zabaw. Próbujesz zgadywać datę własnego zgonu, patrząc na opuszczone nagrobki; lubisz tam spacerować z nastoletnią narzeczoną i fotografować krzyże skąpane w złotym blasku jesieni. Jeśli ktoś umrze, babcia czy ciotka, smutek naznacza cię jak order, skaleczenie, ukłucie, więcej nic. Goi się prędko, bo ciągle jesteś po stronie życia. Gdy umierają rodzice, przechodzisz prawdziwy test. Tracisz równowagę, to otwarta rana, jakby część twojego ciała wyrwano z korzeniami. Fantomowy ból długo nie daje się zaleczyć. Ale najgorzej jest, gdy już odejdą wszyscy, których znałeś. Rodzeństwo, przyjaciele, osoby kojarzące cię z czasów, gdy byłeś dzieckiem, pamiętające swoją wersję niezwykłych historii, które teraz opowiadasz wnukom. Ten brak, pustka w samym sercu świata przygina cię do ziemi. Gdy twoje życie staje się monologiem, padasz jak ścięte drzewo i znikasz pod grudkami gliny rzucanymi w twoim kierunku przez milczącą rodzinę. Jakiś chłopiec, może syn kuzynki, a może twój własny młodociany potomek wierci się z nudów i co pięć minut zerka na zegarek. Tak właśnie jest i tak być powinno.  Zawsze. Na zawsze. Istniejesz, dopóki ktoś pamięta.

***

Pewnego dnia obudziłam się na poboczu zakurzonej drogi, między prawą i lewą stroną, w samym środku lata. Leżałam przykryta warstewką pyłu, który wdarł się do płuc, gdy tylko zaczęłam oddychać i zgrzytał między zębami jeszcze długo, długo po tym, jak przestałam się krztusić. Wstałam powoli, z wysiłkiem. Nie wiedziałam, gdzie jestem, ale miałam wrażenie, że znam to miejsce. Pomyślałam też, choć nie wiem, skąd przyszła myśl, że nie pierwszy raz budzę się właśnie tutaj, między niebem a rajskim ogrodem. Było pięknie, doskonale, ciepło. Zmysłowa pieszczota wiatru na twarzy i w swobodnie rozpuszczonych włosach. Idealne popołudnie. Bose stopy na rozgrzanym asfalcie. Musiałam iść, dalej, przed siebie, do celu. Lecz co było celem? Kim jestem? Kim byłam? Niewygodne pytania zakwitały jak sieć naczynek pękających po uderzeniu, jak siniaki na skórze, czerwień i fiolet. Obrazy pod powiekami, gdy zbyt długo patrzymy w słońce.

– Hej, hej, podwieźć cię do miasta? – spytał ktoś za moimi plecami, odwróciłam się wytrącona z rozmyślań i zobaczyłam sylwetkę na tle błękitu, chłopiec i jego rumak, lśniący dumnie motocykl. – Bo tam właśnie idziesz, prawda?
– Tak – odpowiedziałam niepewnie, język i wargi odwykły od mówienia, wyschnięte na wiór – ale najpierw chciałabym zobaczyć sad, na wzgórzu.
– Trzymaj – sięgnął do tyłu i odpiął od plecaka bidon z wodą. Gdy mi ją podawał, nasze ręce zetknęły się. Poczułam dziwną sensację, jakby coś skurczyło się, a potem nagle spuchło z emocji i stało się cielesne – możemy pójść razem, czemu nie. Nie spieszy mi się.
Mój Boże, był piękny. Wysoki, wysportowany, młody; miał takie łagodne, dobre oczy. Piłam wodę, która była czymś więcej niż wodą. Kształtowała mnie, podobnie jak jego spojrzenie.
– Nie znam cię, nie jesteś stąd, co? – spytał.
– Nie jestem stąd – odparłam jak echo. Cudownie było pić z ustnika, którego wcześniej dotykały jego wargi. Ta woda była jak wino. Upajała. Powietrze też było winem. Stawałam się młodsza, sukienkę miałam krótszą, a nogi, nogi coraz bardziej opalone.
– Wyglądasz jak moja młodsza siostra Anka, dlatego zawołałem – wyjaśnił. – Jak masz na imię?
– Anka.
– Serio? – zaśmiał się. – Świetne imię. Poważne i lekkie. Anna płynie nad domami w złotej sukni z cekinami.
– Co to takiego?
– Piosenka. Nie myśl sobie, napisałem ją dla siostry na trzynaste urodziny. Byłem wtedy szczeniakiem. Ale do ciebie też pasuje. Masz fiołkowe oczy, jak ona.
I wtedy moje oczy rzeczywiście stały się fiołkowe. Oddałam mu bidon. Rozpogodziłam się.
– Piszesz piosenki?
– Piosenki, wiersze, opowiadania. Jestem artystą. To znaczy będę. Może. Kiedyś – wzruszył ramionami.
– W takim razie już rozumiem.
– Co rozumiesz, Aniu?
– Rozumiem, dlaczego mnie… co we mnie widzisz!
– Wskakuj, no już, podwiozę cię do tego sadu, choć nie wiem, czego tam szukasz, jabłka jeszcze niedojrzałe.
– Szukam ich zapachu – uśmiechnęłam się po raz pierwszy – snów, które im się śnią. Stulone w piąstki, ślepe. Muszę tam iść, muszę. Posłuchać, o czym szepczą. Widzisz, sama jestem poetką.
– Jesteś, jesteś. Trzymaj się mocno. Nie, nie plecaka, obejmij mnie w pasie. Nie bądź taką dziewczynką. Bądź facetem. O, tak!
Nie zastanawiałam się. Było w nim coś, co kazało mi natychmiast zaufać. Przylgnęłam do skórzanej kurtki, a on nieświadomie podzielił się ze mną swoim ciepłem. Ruszyliśmy. Łąki po obu stronach zafalowały i jak za śmiałym pociągnięciem pędzla wszystkie kolory zlały się w pastelową smugę. Odurzający zapach otoczył nas na podobieństwo cukrowej waty. Było cudownie. Bosko.
Do sadu prowadziła żwirowa dróżka. Zatrzymaliśmy się przy dziurze w siatce, wystarczająco dużej by dostać się do środka. Gdy zsiadałam, byłam już cięższa, zgęstniałam. Moje ręce przestały się wydawać tak szokująco przezroczyste. Nie były mleczne, a brązowe, brzoskwiniowe, pokryte delikatnym puszkiem. On złapał mnie za nowo uformowaną rękę i pierwszy przecisnął się na drugą stronę. Znałam to miejsce, tak.

***

Tamtego dnia… inny mężczyzna, człowiek w rękawiczkach… ciągnął mnie za nogi, jak przedmiot i ten żwir, ten żwir miałam wszędzie, całe plecy podrapane, głowa uderzająca miarowo, korzeń i kamień, blednące oczy, odbarwiałam się stopniowo, traciłam kolor. Tamtego dnia tamten człowiek mówił do mnie „suczko”. Słyszałam go, chociaż już byłam martwa.

***

– Znów się zachmurzyłaś, Aniu! – głos chłopaka wyrwał mnie z zamyślenia. – Założę się, że masz łaskotki. Wyglądasz na taką, która ma…
– Oj! – pisnęłam, czując aż nazbyt realnie jego dotyk, nie dało się inaczej, wybuchnęłam śmiechem, próbowałam się wyrwać, biegłam przed siebie, do góry, on za mną, horyzont jak pieczarka, drzewka z dziecięcej bajki, ten pagórek, to miejsce! Pędzimy, gonimy się między drzewami, ślizgając na wilgotnej trawie, jego trampki i moje bose stopy, oddychamy coraz szybciej, dławię się od tego śmiechu, który chwyta całe ciało, chwyta mocno i nie puszcza. Raptowna fizjologiczna reakcja, niezdarny spazm, mój pierwszy prawdziwy śmiech. Boli mnie brzuch, w którym jak wachlarz rozwijają się nowe układy, organy, ale nie mogę przestać.
Przewracamy się i leżymy, oddychając głęboko.
– Czuję, jakbym cię znał od dawna, dziwna dziewczynko – mówi, ma źdźbło trawy w ustach, pocałowałabym go, gdybyśmy nie byli nagle dziećmi, parą dzieciaków na wagarach, czerwcowe popołudnie o krok od wakacji.
Nic nie mówię i chwila ucieka w głąb czasu. Jakbyśmy szli w przeciwnych kierunkach, ja się cofam a on …On zamyka oczy, ale nie śpi.
– I co, słyszysz je teraz? Mówiłem, że jeszcze nie dojrzały. Przyszliśmy zbyt wcześnie. A wiesz, zakradałem się tu, gdy byłem dzieckiem. Nie było nam wolno, wiesz. Za daleko od domu i niebezpiecznie.
– Niebezpiecznie? – pytam cicho. Chyba chcę, żeby to powiedział, słowa są mi potrzebne, konstruują mnie.
– Wiele lat temu w naszym miasteczku grasował seryjny morderca. Nigdy go nie złapano. Może po prostu przejeżdżał tędy, nie wiem. Taka senna mieścina nie zatrzymałaby na dłużej nikogo interesującego. Ja sam planuję stąd wyjechać. Wyrwać się, wiesz.
– Kiedy? – pytam jeszcze ciszej, bo robi mi się smutno. Tak niedawno, dwa oddechy wstecz, byłam czystą radością i niepamięcią, biegliśmy do góry, wyżej i wyżej, śmiejąc się najgłośniej, jak to możliwe. Teraz chmura zasłoniła słońce i poczułam chłód bijący od ziemi. Ta ziemia była stara, pradawna i ciężka od tajemnic.
– W przyszłym roku zdaję maturę. Marzy mi się uczelnia artystyczna, ale może być cokolwiek, byle się wynieść z tego miasta. Wracać tu tylko latem, gdy jest pięknie. Szaleć na motorze. Nie uwierzysz, jak depresyjnie robi się tu zimą. Można pisać wyłącznie smutne piosenki.
– I co będziesz robić, w wielkim mieście, daleko stąd?
– Kochana, będę Elvisem. Stanę się legendą od pierwszej piosenki. Wszyscy będą się we mnie zakochiwać. Będą chcieli być mną. Będą sobie robić ze mną zdjęcia. Będę mówił straszne głupoty, a oni to kupią. Wydrukują na koszulce, wytatuują na plecach. Będę słonecznym chłopcem, wiesz, młodym bogiem – zaśmiał się, ale to, co powiedział tylko w połowie było żartem. – Ale żeby to się udało muszę się stąd wyrwać. Ta ziemia nie jest całkiem zdrowa. Im starszy jestem, tym trudniej jest mi to znieść.
Pokiwałam głową, tak właśnie było, on szedł naprzód, a ja musiałam się cofać. Nie było rady. Szarpnięcie i przewijanie. Teraz to ja jestem starsza, prowadzę go, instruuję.

***


Uderzenie w tył głowy, utrata przytomności. Budzę się, gdy mężczyzna ciągnie mnie za sobą, z Edenu w stronę miasteczka. Majaczę i widzę dwóch mężczyzn, choć jest jeden. Ich zgarbione plecy, ich koszule z podwiniętymi rękawami, lateksowe rękawiczki, eleganckie spodnie brudne teraz od błota i krwi. Nie czuję swojego ciała, a przecież, skoro robię się lżejsza, czemu jest to dla niego tak trudne? To, co zostawiam nie jest śladem krwi, lecz moją substancją, której się pozbywamy. Nie oddycham, serce przestało bić, jestem chłodna i pusta, więc czemu on się tak męczy? Samej sobie zdaję się lekka, najlżejsza, film z mojego życia przewija się do tyłu, nawleka jak lśniący drucik na szpulkę, mechanicznie, precyzyjnie i szybko.

***

Elvis cały czas coś do mnie mówi. Ledwie zauważam, że znów wsiadamy na motor i jedziemy do miasteczka. Znam tu każdą ulicę, każdy etap drogi. W pewnej chwili odruchowo spoglądam przez lewe ramię na dom, w którym niegdyś mieszkali rodzice; mieszkali cicho, cierpliwie, zanim umarli ze starości i smutku. Ciała ich jedynej córki nigdy nie odnaleziono. Pochowali pustą trumnę, lecz matka do końca nie straciła nadziei. Jednak gdy wracałam, nie widziała mnie, nie widziała mnie tak długo, aż ten dysonans zniszczył nas obie.

Zatrzymujemy się przed szkołą. Jest już wieczór, granatowe niebo, zapada noc. Niewiele się tu zmieniło, od zeszłego roku zdążyli pomalować fasadę budynku, ale farba na załamaniach zaczyna się łuszczyć - nowa gryzie się ze starą, rozsadzającą ją od środka. Tak jest wszędzie. Spod spodu wyłazi przeszłość, która nigdy naprawdę nie odeszła.

– To miasto jest napuchnięte, czujesz? Chore – mówi Elvis.

Kiwam głową i patrzę, śledzę wzrokiem kolejne rzędy okien, szukam pracowicie, aż znajdę: delikatne światło z okna na parterze, niedaleko szatni. W tym mieszkanku rezyduje cieć, woźny, przyjaciel dzieci. Jest już starym człowiekiem i nieco zdziwaczał, ale póki daje sobie radę z robotą, nikt nie ma powodu, by go zwolnić. Nadal jest barczysty i silny, choć garbi się bardziej niż kiedyś, a jego włosy posiwiały. Nie ma jednak nikogo lepszego, jeśli chodzi o nieprzyjemne, kłopotliwe sprawy. Wymioty na środku klasy czy ekskrementy rozsmarowane w toalecie? Zwłoki psa na boisku do kosza? Zalana piwnica? I gdy trzeba było zdobyć nowy szkielet do pracowni biologicznej, koniecznie prawdziwy, też to sam załatwił. Taki to właśnie był gość.

***

Robię się okropnie zmęczona. Wydaje mi się, że jest we mnie mrok, wokół którego krążę, spaceruję po jego obrzeżach, udając, że słoneczne lato to mój naturalny stan ducha. Że jestem przezroczysta i bez cienia rozkładu. Boję się, tak okropnie boję się zstąpić w ciemność, będącą przecież centralną częścią mnie. Poruszam się więc na marginesie samej siebie, lunatykuję, pielęgnując amnezję.

Ale jestem tam, na wyświechtanej fotografii, brudnej od jego odcisków palców, spermy i łez. Na tym zdjęciu mam na zawsze siedemnaście lat i jestem za młoda, by rozmawiać z nieznajomymi. Nawet jeśli są kimś, kogo widuję każdego dnia w szkole. Nigdy się tego nie nauczyłam. Dlatego jestem tam, uwięziona w dolnej szufladzie biurka, zamkniętej teraz na klucz. Istniejesz, dopóki ktoś pamięta.

***

Koniec rozdziału. To tutaj domknęła się moja krótka, smutna historia. Wiedziałam, co teraz będzie. Ja i Elvis, chłopak, który potrafił mnie zobaczyć, spędzimy razem jeszcze trochę czasu, kręcąc się wokół szkoły, orbitując jak ćmy. W końcu włamiemy się do środka, co okaże się dziecinnie łatwe. Jak zawsze będę chciała być bliżej, będziemy więc krążyć po korytarzach, na paluszkach, aż nieomylnie poprowadzę go w stronę sali od biologii. Drzwi będą otwarte, w półmroku zobaczymy szklane szafki, wielkie donice z egzotyczną roślinnością, terraria i akwarium, ta klasa zawsze miała dla mnie specjalne znaczenie, dziki ogród, do którego zakradałam się po zajęciach karmić patyczaki.
Zasnę wreszcie, do ostatniej chwili zwrócona twarzą w stronę narożnej szafy; skupiona na jej wypolerowanych drzwiach, na jej połyskujących krawędziach; skrajnie zmęczona, ufnie wsparta o ramię chłopca mówiącego do mnie o swoich wielkich, z rozmachem kreślonych planach. Zasnę głębokim snem bez snów, pragnąc nie budzić się więcej, a jednak-  obudzę się następnego lata, na poboczu drogi, w bzyczeniu pszczół, kwitnieniu polnych kwiatów, pracowitości mrówek, aksamitnej miękkości traw. Starsza o rok, lecz ciągle taka sama, pozbawiona wspomnień. I całkiem, całkiem opuszczona. A on… nie będzie mnie nawet pamiętał. Będzie daleko. W innym świecie. Bo została już tylko jedna osoba, która zna moje prawdziwe imię.

– Aniu, na co tak patrzysz? – pyta Elvis, okrywając mnie wspaniałą kurtką motocyklisty. Mimo tego drżę z zimna. Już wiem, wiem, że wspomnienie dzisiejszego wieczora prędko zatrze się w jego pamięci. I że tak będzie lepiej. Jedynym słusznym wyjściem z niebezpiecznej sytuacji jest ucieczka. Do przodu, do prawdziwego życia, jak najdalej stąd.
– Nic ciekawego – mówię bardzo cicho i po dłuższej chwili namysłu. Słowa przychodzą z ogromnym trudem, w gardle skrzypi, jakby bardzo stara furtka zamykała się bezpowrotnie. Na pustą trumnę padają lepkie i ciężkie grudki ziemi. – Nic, co mogłoby cię zainteresować. Stare zdjęcie. Refren dawno zapomnianej piosenki. Duch minionego lata. 

                        rys. Czarli

Piętnaście wyroków śmierci

R.I.Prescott


Powrót do cywilizacji zwyczajnie boli. Trzeba się do wszystkiego przyzwyczajać od nowa. Do innego hałasu, własnego języka, tłumu na ulicach, braku broni w kaburze, bycia kobietą. Najtrudniej jest wrócić do roli matki. Jenny lepiej wie, co robić, jak się zachować. Wciska mi w rękę paczkę z prezentami dla mojego syna.
– Pamiętaj, przytul go – mówi.
Kiwam głową. Jenny patrzy na mnie surowo, niedowierzająco.
– Przytulę go, za kogo ty mnie do cholery masz? – Irytuję się.
– Za wyrodną matkę, a za kogo innego? – uśmiechając się, dotyka lekko mojego policzka, zawczasu łagodząc skurcz bólu. Wychodzę z domu.

Jack czeka jak zawsze na ławce w parku koło placu zabaw. Widzę, jak obserwuje bawiące się dzieciaki. Nie rozgląda się nerwowo, spokojnie siedzi. Wie, że będę na czas. Dobrze wygląda, zawsze mnie zaskakuje, jakim jest przystojnym facetem. Jestem mu wdzięczna, że zajął się Davidem, kiedy ja nie byłam w stanie. Podchodzę, siadam na ławce obok niego. Kobieta, która szła w jej kierunku, uśmiechając się zalotnie, obrzuca mnie nienawistnym spojrzeniem. Odpowiadam jej tym samym. W tym momencie Jack jest wciąż mój. Patrzy na mnie na wpół rozbawiony, na wpół wkurzony.
– Przez ciebie w życiu nie znajdę sobie żony.
Milczę. Szukam wśród bawiących się dzieci Davida. Wyrósł przez ostatnie pół roku. Ma oczy i włosy swojego ojca. Wyraźnie przewodzi grupie chłopców w piaskownicy. Nagle mnie zauważa, zostawia wszystko i podbiega. Rzuca mi się na szyję. Przyciągam go mocno do siebie. Nic nie mówi. Po prostu się tuli. Jack patrzy w przestrzeń.

– Mamo?
– Tak, synku?
– Dlaczego nie wrócisz z nami do domu?
Siedzimy z Davidem nad brzegiem stawu, uczyłam go puszczać kaczki, dzieciak załapał w mig, jak to robić i po chwili pobił mnie na głowę. Teraz chwila triumfu minęła. Patrzę w wodę. Co mam mu powiedzieć? Że nie mogę wrócić, że jak był mały, nie potrafiłam o niego zadbać, nie umiałam kochać? Nadal nie umiem, ale staram się go nie krzywdzić. Jak powiedzieć swojemu dziecku, że oddanie go pod opiekę ojcu było najlepszą rzeczą, jaka go z mojej strony spotkała?
– Możesz zabrać Jenny, tata się nie pogniewa – mówi.
Zaczynam podejrzewać, że Jenny, za moimi plecami, dogadała się z Jackiem. Najwyraźniej zaakceptował jej obecność w moim życiu, choć związkiem z nią zraniłam go najmocniej.
– Synku – odwracam twarz w jego stronę, wiem, że tak trzeba – nie mogę wrócić z wami do domu.
– Ale ja będę grzeczny!
Widzę łzy w jego oczach, choć bardzo próbuje je powstrzymać.
Przytulam go. Nie mówię już nic. Wracam z nim do jego domu. Mąż spogląda pytająco. Wpuszcza mnie do mieszkania. Radość w oczach Davida boli mnie bardziej niż najgorsza rana. Słyszę, jak Jack dzwoni do Jenny. Wiem, że ona zrozumie. Zdążę się jeszcze z nią jutro spotkać.
Długo rozmawiam z Jackiem tej nocy.

– Dobrze zrobiłaś – mówi Jenny. Przyniosła moją torbę. Jest ze mną na tyle długo, żeby wiedzieć, jak ją spakować. Stoimy w terminalu. Za chwilę mam samolot. Jenny wygląda niesamowicie seksownie w swoim lekarskim mundurze. Całuję ją mocno na pożegnanie. Idę w stronę moich ludzi. Wreszcie czuję się sobą. Z bronią u boku, w mundurze, w drodze na akcję.

Powrót do cywilizacji jak zwykle boli, ale tym razem trochę mniej. Zaraz spotkam się z Davidem. Jenny obiecała, że zabierze go ze sobą. Przywiozłam mu nawet prezent.
W terminalu widzę swojego dowódcę z zafrasowaną twarzą. Zaprasza mnie do biura. Każe usiąść. Mówi coś o porwaniu. Podaje kopertę, w niej zdjęcia. Wyciągam je, spoglądam na niego. Nie wierzę, nie potrafię. Jack, Jenny, David.
– Kto? – Ledwo jestem w stanie wydobyć z siebie głos.
Nie patrzy mi w oczy, kiedy mówi:
– Dragan.
Upiór z przeszłości. Blizny nie pozwalają zapomnieć. Patrzyłam jak wyciągał jelita z moich ludzi, utrzymując ich jednocześnie przy życiu. Część z nas przywiązał kolczastym drutem za ramiona, tak, że każdy ruch rozrywał skórę, mięśnie. Bawiło go to, jak się rzucaliśmy, krzyczeliśmy, płakaliśmy, błagaliśmy, żeby przestał. Kiedy nas odbili, byłam bliska szaleństwa. Dragan zdążył uciec. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, jak sukinsynowi się udało.
Po tym wszystkim nie dawałam sobie rady z normalnym życiem. Odcięłam się od ludzi, których kochałam. Rozwiodłam się z Jackiem, zrzekłam praw rodzicielskich. Po roku terapii pozwolili mi wrócić do służby. Tylko w misjach znajdowałam ukojenie. A potem Jenny, moja jednonocna przygoda, uparła się, żeby mnie nie stracić. Dzięki niej zaczęłam na nowo poznawać swojego syna, rozmawiać z jego ojcem.
- Znajdźcie go - warczę.

Jednak Dragan nie czekał, aż go znajdą. Przysłał mi zaproszenie wraz z jeszcze jednym zdjęciem. Podał koordynaty miejsca. Pojechałam. Kopię listu zostawiłam na stole w kuchni, nie zamknęłam drzwi, na więcej nie miałam czasu. Może zdążą, może wyśledzą, gdzie będę musiała udać się dalej. Na kolejnym miejscu spotkania, paskudnym afgańskim zadupiu, gdzie już nikt nie chce stacjonować, podjeżdża opancerzony land cruiser. Towarzyszą mu dwa pickupy z uzbrojonymi ludźmi. Wiem, że nikt z moich się nie zorientował. Zostałam sama.

Czuję w ustach żelazno–słony smak krwi. Skurwiel uderzył mocno. Ledwo ustałam na nogach. Patrzę na przerażonego Davida. Słyszę jak Jack oddycha chrapliwie, plama krwi na wysokości wątroby się powiększa. Wiem, że zostało mu niewiele życia. Jenny, moja piękna, śliczna Jenny, nawet jeśli przeżyje skończy w jakimś wariatkowie. A David… nie potrafię o tym myśleć.

Drań robi kolejny zamach. Nie powinien był bić mnie kolbą pistoletu. Przechwytuję jego rękę, szybki nacisk na nerw, glock jest mój. Suchy trzask pękającego kręgosłupa. Facet pada na ziemię jak kupa szmat. Rzucam jeszcze nożem w gnoja znęcającego się nad Jenny. Trafiam w krocze. Jego wycie sprawia mi przyjemność. Ścieram krew z ust. Stoję z bronią w ręku, po ciężarze wiem, że magazynek jest pełny. Trzymam w ręku piętnaście wyroków śmierci.

Dragan bije brawo, ubawiony jak nigdy. Chwyta za włosy Davida i zmusza go, żeby wstał. Patrzę jak moje dziecko próbuje być dzielne, próbuje nie krzyczeć. Czuję jak umieram. Wiem, że nie uratuję mojej rodziny. Słyszę, jak Dragan mówi:
– Kotku, wiesz dobrze, że jeśli nie rzucisz w  tej chwili broni, przestrzelę twojemu dzieciakowi kolana.
Patrzę w oczy Davida, kiedy strzelam po raz pierwszy. Patrzę w oczy Jenny, kiedy strzelam po raz drugi. Patrzę w oczy Jackowi. Po trzecim strzale następuje okropna cisza.
Dragon patrzy zszokowany na ciała moich bliskich. Jego ludzie są tak samo sparaliżowani.
– Mówiłeś coś?
Nawet mnie samą przeraża mój głos.
Widzę jak desperacko próbuje przełknąć ślinę.
Cztery strzały i zostaliśmy sami.
Dwa strzały w kolana. Jeden w kręgosłup. Dwa w łokcie. Irytuje mnie jego zawodzenie. Podchodzę i wciskam mu w usta jego własną chustę. Strzelam w wątrobę. Słyszę nadciągających na pomoc kolejnych terrorystów. Czekam. Mam jeszcze dwa naboje. I granat.

Sprawiedliwość to wyrodna matka.

czwartek, 5 lipca 2012

Jednorożec

Pirjo Lehtinen


Make your best bow to her and bid adieu,
Then, if she likes it, she will follow you.
John Keats

Byłam bardzo spokojnym dzieckiem, można powiedzieć: odludkiem. Na własne życzenie izolowałam się od wszystkiego, co mogło zagrozić kruchemu spokojowi mojego ducha. Na zawsze pozostałam jedynaczką i miałam zaledwie sześć lat, gdy mama zdecydowała się kupić letniskowy dom na krawędzi lasu i przerobić go na naszą całoroczną siedzibę. Potrzebowała nowego początku, miejsca w którym nie będą nas prześladowały wspomnienia ojca zmarłego przedwcześnie przypadkową i pozbawioną sensu śmiercią. Dom był w kiepskim stanie, ale mama znalazła w sobie mnóstwo energii. Pamietam, że w dżinsowych ogrodniczkach wyglądała jak dziewczynka. Wspinała się po drabinach, biegała z pędzlem malarskim w kieszeni i gwoździkami w ustach, zacięta i podekscytowana. Próbowała wciągnąć mnie w tę świeżo odkrytą radość, nowe początki, stary las. Las. Ta opowieść jest przecież o lesie. Od razu mi się spodobał, od pierwszego nieśmiałego spojrzenia rzuconego w dal przez okno salonu. Przy najbliższej sposobności pokonałam skrzypiące balkonowe drzwi i już byłam na wąskiej łące dzielącej dom od pasa głebokiego, zielonego cienia. Granica była jak narysowana od linijki, równiutka. Kończył się trawnik i zaczynały skłębione korzenie drzew. Niezwykłe miejsce. Nawet jeśli był środek lata, jak wtedy, gdy miałam trzynaście lat i stawałam się kobietą… nawet wtedy, w samo południe i pod bezchmurnym niebem on pozostawał chłodny, majestatyczy, prastary i obezwładniająco piękny. Wchodziło się w niego przez niewidzialną kurtynę, każdorazowo ciało przenikał przyjemny dreszcz, subtelne dotknięcie zimna, którego nie umiałam z niczym porównać. Nawet pieszczota mężczyzny nie mogła rywalizować z tą organiczną, prostą rozkoszą. Las miał w sobie magię, odkryłam to jako dziecko, a jako dorastająca dziewczynka odczuwałam coraz silniej. Chodziłam do szkoły, pomagałam mamie w domu i ogrodzie, nie miałam bliskich przyjaciół. Czytałam bardzo dużo książek, o księżniczkach, rycerzach. Kochałam legendy arturiańskie, skandynawskie i celtyckie mity, pochłaniałam zbiory baśni i kolekcjonowałam albumy z ilustracjami w stylu fantasy. W szkole uchodziłam za dziewczynkę bujającą w obłokach, nieco – jak mi się teraz zdaje – egzaltowaną. Uczyłam się dobrze. Pisałam wiersze o jednorożcach i elfach, drukowane potem w szkolnej gazecie. Od wykluczenia ratowało mnie chyba tylko to, że byłam naprawdę ładna. Nauczyciele lubili na mnie patrzeć. Dziewczęta chciały być moimi koleżankami. Chłopcy, którzy mogli przecież mi dokuczać, czuli się w moim towarzystwie onieśmieleni. Miałam nieobecny, rozmarzony wzrok. Taka właśnie byłam. Dojrzewałam szybko, szczupłe ciało zaokrągliło się, rzęsy zrobiły się czarne i długie, usta miałam wiecznie nabrzmiałe i rozchylone. Mike opowiadał mi potem, że nie mógł przeze mnie spać. I że dotyczyło to prawie wszystkich chłopców. Chodziliśmy do jednej klasy, ja i on. Mój przyszły mąż. Historia prawie jak z bajki.
Szkoła była jednak na drugim planie, nie poświęcałam tym sprawom zbyt dużo uwagi. Dzień istniał tylko po to, żebym zdążyła zatęskić. Po południu zdjąć mundurek, załozyć spłowiałą sukienkę i pobiec w objęcia lasu. Nie gubiłam się nigdy, on mnie prowadził. Był jak doskonały kochanek albo jak utracony ojciec, nie umiałam tego jeszcze nazwać. Nie potrafiłam satysfakcjonująco opisać, jak bezpiecznie się czułam w środku lasu ani w pełni zrozumieć, jaka niezwykła ekscytacja towarzyszyła mi wtedy. Czas zupełnie przestawał mieć znaczenie, to była kraina poza doczesnymi regułami gry, poza zdrowym rozsądkiem. Wierzyłam, że za każdym załomem ścieżki, na każdej nowo odkrytej polanie czekać mogą baśniowe stworzenia, zwierzęta mówiące ludzkim głosem, źródło żywej wody. W szkole mogłam uchodzić za piękność, ale w lesie byłam złotowłosą amazonką, księżniczką w przebraniu, nimfą i driadą. Moje ciało rosło właśnie tam, lśniło i wyprężało się. W lesie nie nudziłam się nigdy i jedynie tam potrafiłam się śmiać głośno i niepohamowanie. Niczego się nie bałam, nawet jeśli zapadała noc. Im starsza byłam, tym częściej zaczynałam wymykać się z domu nocami.
Gdy miałam trzynaście lat i dostałam okres, Mike Chenney był już od kilku miesięcy moim chłopakiem. Rozmawialiśmy o szkolnych sprawach – lubiłam z nim rozmawiać, w jakiś sposób udało mu się przedostać przez barierę, którą zwykle oddzielałam się od ludzi – a czasem pozwalałam mu głaskać się po ręce lub włosach. Za każdym razem, gdy spędzaliśmy z Mike’iem więcej czasu razem – ku nieskrywanej radości mojej matki, martwiącej się nieustannie, że jestem tak nietowarzyskim dzieckiem – powrót do lasu zdawał się trudniejszy. Jakby rzeczywistość, ciężka i konkretna, wyciągała ku mnie swoje macki i uziemiała mnie. A las wymagał lekkości.
Być może wiecie, jak to jest, gdy się jest nastolatką, dziwne rzeczy mogą się wtedy dziać w głowie. W mojej głowie w jakimś momencie pojawił się jednorożec. Może chodziło o niespodziewany szelest w lesie, po zachodzie słońca, gdy zobaczyłam kątem oka coś białego, a potem usłyszałam – albo wydawało mi się, że słyszę – tętent i rżenie. Być może o piękną książkę z ilustracją, na której dziewica klęczała w trawie, a na jej łonie głowę złożyło to najpiękniejsze z magicznych stworzeń. Być może zawsze je kochałam i marzyłam, że istnieją. Ale tamtego lata, gdy miałam trzynaście lat, jednorożec był prawdziwy. Śniłam o nim co noc, był esencją lasu, był obecnością, nazwaną nareszcie i raz na zawsze obecnością, która mi towarzyszyła od pierwszego spaceru. Bywały popołudnia, podczas których zatrzymywałam się na złocistej polanie, rozkładałam szeroko ręce i zaczynałam się kręcić, wirować, aż świat zamazywał się i upojona lądowałam na dywanie z koniczyny, oddychając ciężko, czując na sobie jego wzrok. W mojej wyobraźni był blisko, galopował między drzewami, jego grzywa falowała, kopyta krzesały iskry. Próbował mi się oprzeć, ale nie mógł. Byłam dziewicą, świętą dziewicą plotącą wianki z kwiatów koniczyny, doskonałą przynętą. Jednego dnia wydawało mi się, że widzę go przez przymknięte powieki, że znieruchomiał między drzewami i spogląda na mnie. Lecz gdy otworzyłam oczy -zniknął.
Gdy miałam piętnaście lat, Mike zaczął nalegać, żebym pozwoliła mu na coś więcej niż trzymanie się za rękę. Pamiętam, że mnie wtedy pocałował i było to tak przyjemne uczucie, że aż się przelękłam. Pod wpływem pocałunku w moim rozbudzonym ciele działy się rzeczy niezwykłe i nowe. Lecz gdy wieczorem poszłam do lasu, wydał mi się pusty i to obezwładniające wrażenie sprawiło, że przestraszyłam się naprawdę. Następnego dnia odbyłam z Mike’iem chaotyczną rozmowę. Było w niej coś o tym, że nie chcę, by mnie dotykał, bo to zabija moją duszę, że nie wolno mu mnie całować i że nie możemy się już widywać. A także, że planuję pozostać na zawsze dziewicą. Płakaliśmy oboje, płakałam spacerując samotnie po lesie, to były smutne, deszczowe dni. Już nie czułam obecności jednorożca, las się zmienił. Zadręczałam się myślami, że Mike wszystko zrujnował. Czułam się brudna i popsuta. Las stał się konkretniejszy, nie wiem jak to inaczej nazwać, było więcej robaków, wracałam z potłuczonymi kolanami, podrapana przez dziko rosnące maliny. Zdarzało mi się gubić w nim drogę. Ale nie brakowało mi derterminacji. Wybrałam swoją ścieżkę i pragnęłam jednorożca. To stało się moją obsesją. Miałam problemy w szkole, ledwo ją skończyłam. Mama zaczęła się poważnie martwić i nakłoniła mnie do zapisania się na terapię. Mike parę razy próbował jakoś się ze mną dogadać – chwała mu za to – ale w końcu zrezygnował, bo byłam dla niego paskudna. Mówiłam mu wszystkie te rzeczy o których wiedziałam, że go zranią. Znalazł sobie inną dziewczynę. Zostałam w zasadzie całkiem sama. Miałam siedemnaście, osiemnaście, potem dwadzieścia i dwadzieścia pięć lat. Nie poszłam na studia, pracowałam w lokalnym sklepie komputerowym, mama załatwiła mi pracę po znajomości. Większą część dnia i wszystkie weekendy spędzałam w domu.
Czasami kładłam się w lesie plecami na trawie i czułam się śmiesznie, albo, co gorsza, obscenicznie. Myślałam o tym tak dużo, że myślami odstraszyłabym każdego jednorożca. Zaczęłam wątpić, że istnieje naprawdę. Zaczęłam się czuć jak idiotka. A potem znów utwierdzałam się w swoich przekonaniach, chciałam być radykalna, czysta, gotowa. Chodziłam z podniesioną głową, zaklęta w swoich fantazjach, trzymająca się ich kurczowo. Dlaczego nie przychodził? Czekałam na niego, poświęciłam tak wiele, dawałam mu kolejne okazje. Wyrzekłam się dla niego ludzkiego świata. Jedyne, czego pragnęłam od życia to momentu, gdy Bóg Lasu przyjmie mnie do siebie. Wierzyłam, że potem mogę już umrzeć, nie będę potrzebować niczego. Moja egzystencja się dopełni. On podejdzie, pochyli się i upadnie przede mną na kolana. Położy wielki łeb na moich skrzyżowanych nogach, a ja wplotę palce w jedwabistą grzywę i będę czuła ciepły oddech. Ogarnie mnie mistyczne uniesienie, a świat zatrzyma się na jedno uderzenie serca, zastygnie uchwycony w alegorycznej scenie polowania.
Ale przecież tak naprawdę nie widziałam go nigdy. Modliłam się o niego, szukałam go, błagałam. Śniłam piękne, lecz coraz smutniejsze sny. Moje ciało dojrzało, a skóra przestała lśnić młodzieńczym, eterycznym blaskiem. Jeśli chciałam mieć czerwone usta, musiałam je malować szminką. Pobladłam od czekania. Zmarniałam od toczącej się powoli, rozpisanej na lata próby sił. Lecz czasem, tylko czasem, gdy już szorowałam brzuchem po czarnym dnie rozpaczy i zanurzałam głowę w przepaść –zdawało mi się, że słyszę odległe rżenie. Że on tam jednak jest, tuż poza granicą wzroku, czujny i dziki. Że jeszcze do mnie przyjdzie. Że się doczekam. Pewnego dnia.
Miałam dwadzieścia sześć lat, kiedy Mike Chenney powrócił do naszej mieściny. Starszy, dojrzalszy, o wiele przystojniejszy. I jak się okazało: nadal wolny. Najpierw odwiedził moją mamę, potem mnie. Obchodził się ze mną jak z delikatną roślinką. Dotrzymywał mi towarzystwa. Zawoził na wizyty u terapeuty. Był naprawdę miły. W końcu wyznał, że nigdy nie przestał mnie kochać i że nie potrafi beze mnie żyć. Byłam wtedy jednym kłębkiem nerwów, las milczał, a ja potrzebowałam czułości. Mike trafił na odpowiedni moment, na chwilę, gdy przestałam wierzyć. Złapał mnie i pociągnął.
Wzięliśmy ślub. Wyjechaliśmy do miasta. Dopiero po paru miesiącach straciłam długo hołubione dziewictwo, tak bardzo się bałam, a on był tak bardzo cierpliwy. To co wydawało się ważne, skończyło się czymś zupełnie zwyczajnym. Niedługo potem okazało się, że jestem w ciąży i urodziła się Katie, nasze jedyne dziecko. Nie waham się powiedzieć, że byliśmy szczęśliwi, lecz było to szczęście zamglone jak zagajnik o poranku. Mieszkaliśmy daleko, ale las był przy mnie bardziej niż kiedykolwiek, śniłam o nim każdej nocy. Sny wydawały się prawdziwsze od jawy.
Gdy Katie miała pójść do szkoły, przekonałam Mike’a, że nasza dawna szkoła, na prowincji, jest najbezpieczniejsza. Jako że mama w międzyczasie wyszła ponownie za mąż, była to idealna okazja – ona przeprowadziła się do centrum miasteczka a ja wróciłam do leśnego domku. Babcia była w pobliżu, szkoła także, wszystko brzmiało rozsądnie. Ale dla mnie, choć nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę, liczył się tylko jeden aspekt tej zamiany.
Gdy znów tam byłam i wiedziałam, że dom jest mój, rozpłakałam się z ulgi. Lecz nie potrafiłam, nie umiałam ponownie wejść do serca lasu. Niewidzialne drzwi zostały przede mną zamknięte. To było tak okrutne, tak niesprawiedliwe, płakałam za każdym razem, gdy moje myśli dotykały tego tematu. Obsesyjnie myślałam, co by było, gdybym poczekała jeszcze trochę, nie zrezygnowała ze swoich marzeń. A jednak byłam tam. Byłam tu. Wróciłam do domu.
Ferment związany z przeprowadzką szybko ucichł i zdawało mi się, że nigdy wyjeżdżałam. Kazałam wyburzyć tylną ścianę domu i zastapić ją szkłem. Teraz już nic nie dzieliło mnie od widoku, który pokochałam jako dziecko. Od ciemnego, chłodnego lasu, granatowego o zachodzie słońca. Nie pozwoliłam nawet powiesić zasłoń. Gdy nikt nie patrzył, a przecież znów często zostawałam sama, stawałam nieruchomo, śledząc wzrokiem linię drzew, bose stopy na drogim dywanie, który kupiłam do salonu, dywan miał kolor trawy. Czasem o moje stopy ocierał się błękitny, rosyjski kot, wierny towarzysz samotności i ciszy. Nie wychodziłam już na spacery. Wystarczało mi patrzenie, jak się kołysze, faluje zmysłowo i tajemniczo, jak szepcze i skrzypi podczas mocniejszych porywów wiatru. Potrafiłam tak przeczekać całą burzę albo całą księżycową pełnię, wpatrzona w widok za oknem. Było to lepsze niż terapia – tak, nadal chodziłam na terapię – ponieważ uspokajało mnie wewnętrznie. Musiałam mieć ten las cały czas na oku. Nie potrafiłam się za bardzo oddalić. Czułam się wtedy nieswojo, zagubiona i dojmująco cielesna. A gdy tak stałam naprzeciw lasu, odruchowo obejmowałam się w talii, oplatając rękoma brzuch, pusty teraz, ale w inny sposób niż dawniej, bo jakby wydrążony, zużyty, dorosły;  przepływały przez mój umysł fale sprzecznych emocji. Nigdzie indziej nie czułam się tak prawdziwa. To było moje miejsce, nawet jeśli nie spełniło jedynego marzenia, jakie kiedykolwiek miałam. Nawet jeśli nie zawsze potrafiłam zasnąć spokojnie, ponieważ podczas księżycowych nocy dopadały mnie koszmary. Budziłam się zlana potem i do rana leżałam bezsennie, słuchając pohukiwania sów i pisku nietoperzy. Czasem czytałam moje stare książki z baśniami.
Katie wracała do domu wieczorem, po szkole miała mnóstwo dodatkowych zajęć – karate, kółko teatralne, szkoła muzyczna – była też towarzyska, inaczej niż ja i regularnie spotykała się z koleżankami. Średnio raz w tygodniu zostawała nocować u którejś z nich. Mike wynajął kawalerkę w mieście, gdzie nocował, gdy musiał do późna siedzieć w pracy. Nie przeszkadzało mi to. Lubiłam mieć dom dla siebie. Dom i las. Kiedyś w środku wakacji Katie przybiegła do mnie z zaaferowaną miną. Pokazała mi zakrwawioną bieliznę, rozmawiałyśmy wcześniej, ale ten moment był bardzo wzruszający. Stawała się kobietą. Jak ja kiedyś, zaczęła zapuszczać się na wyprawy do lasu, lecz dla niej było to zabawą. Nie czytała książek, nie lubiła ich. Startowała w zawodach sportowych, została królową balu, miała wyrównane oceny ze wszystkich przedmiotów. Wszędzie było jej pełno. Tak inna ode mnie, przypominała raczej obrotnego, twardo stąpającego po ziemi Mike’a i moją zawsze pogodną i energiczną mamę.
Pewnej nocy zbudził mnie szelest za oknem. Wstałam i owinęłam się szlafrokiem, po czym cichutko podeszłam do przeszklonych drzwi. Głowę miałam jeszcze napuchniętą od nieprzyjemnych snów. Ocknełam się dopiero, gdy zobaczyłam znajomą postać biegnącą od strony domu do granicy lasu. To była Katie, ubrana w flanelową piżamę w pingwinki. Gdy znikała za pierwszym z drzew, spomiędzy skłębionych chmur wyłonił się księżyc i na dłuższą chwilę oświetlił las, unosząc skrywającą go zasłonę. Kilka kroków w głąb zieleni, pomiędzy majestatycznie poruszającymi się konarami, stał jednorożec. Nie był biały, lecz srebrny, a jego grzywa migotała jak woda w leśnym strumieniu. Był ogromny. Był doskonały. Krzyknęłam z głebi serca, ugięły się pode mną kolana i upadłam na wypielegnowany, drogi dywan udający trawę. Jednorożec szedł w stronę Katie; tanecznym krokiem, lecz ostrożnie. Wyglądało to tak, jakby przyciągała go nieodparta siła.
Nawet nie spojrzał w moją stronę.