DRAMATIS PERSONAE

DRAMATIS PERSONAE




Pirjo Lehtinen - wielbicielka gorących napojów, szczególnie herbaty, kawy i czekolady. W wolnych chwilach zajmuje się spaniem.



R.I.Prescott - domowa bogini researchu.



Lewis Oliver - lubi słuchać gry na akordeonie i trzasków bata. Tresuje bestie w swojej głowie i wypuszcza je na papier.




wtorek, 20 marca 2012

Jak Irenka zapisała się na studia

R.I.Prescott
 
[1]
Irenka mieszkała w małym mieście z matką. Obok małego miasta było duże miasto, a w nim wielka stara uczelnia. Irenka marzyła o studiach. Wiedziała, że w wielkiej uczelni jest specjalny budynek, gdzie pracują ludzie, którzy pomagają się dostać na studia. Znalazła do nich numer telefonu, zadzwoniła i powiedziała, że chce studiować. Usłyszała, że nie ma problemu, że musi sobie założyć jakieś konto w czymś co się nazywa internet. Irenka nie miała tego internetu, więc powiedziała, że przyjedzie. Ubrała się w białą bluzkę, czarną spódnicę, rajstopy i te czółenka, które niedawno sobie kupiła. Włosy zaczesała w kucyk, chwyciła torbę pod pachę, sprawdziła, czy ma pieniądze. Pani Halinka z naprzeciwka, ta co jej młodszy syn studiuje medycynę,  mówiła jej, że trzeba tam zapłacić siedemdziesiąt pięć złotych za te studia. Poszła spokojnym krokiem na stację, wiedziała, że pociąg będzie na nią czekał. Stał piękny lśniący w słońcu, gotowy zawieźć ją do wielkiego miasta. Wsiadła, serce jej waliło w rytm stukotu kół, wreszcie spełni się jej wielkie marzenie. Dawno temu skończyła technikum elektryczne, zrobiła maturę, ale potem jakoś losy się dziwnie ułożyły i nie mogła studiować. Teraz chciała to zrobić również dla Haneczki. Haneczka studiowała historię, była panią magister. Biedulka umarła przy porodzie, ale zawsze powtarzała Irence, że warto się uczyć. Przyjaciele z biblioteki mówili to samo.
[2]
Pokój był piękny, zielony, z wielkimi biurkami, szafami z oszklonymi drzwiami, na biurkach stały śliczne zielone lampki - takie jak w bankach, Irenka widziała takie na filmach w telewizji. Lubiła filmy o starych czasach, szczególnie podobały się jej te eleganckie kapelusze i stroje kobiet. A tu wszystko wyglądało prawie jak z filmu. Było tłoczno, zaaferowani młodzi ludzie wchodzili i wychodzili. Przy biurkach siedziało troje osób, rozmawiali przez telefony, stukali w deseczki na blatach  i zaglądali w płaskie telewizorki. To muszą być te komputery, co je widziałam w reklamach - pomyślała Irenka. Obciągnęła bluzkę, przygładziła włosy i podeszła do kobiety siedzącej z brzegu pierwszego biurka, która właśnie odłożyła słuchawkę telefonu i wzięła do ręki zielony mazak. Zakreśliła coś nim na papierze i powiedziała “aua” odkładając go na miejsce. Śmieszna ta pani - pomyślała Irenka - zachowuje się jakby zraniła się w palec, a przecież tylko pomalowała go sobie na zielono. Ale wygląda sympatycznie, więc na pewno pomoże.
- Chciałabym się dostać na studia - powiedziała do niej.
- A ma pani założone konto w systemie?
- Jakie konto? - zdziwiła się Irenka.
- Konto, dzięki któremu będzie się pani mogła zarejestrować na studia. W internecie.
- No, ale ja właśnie nie mam tego internetu, a chcę zapisać na studia, przecież to się musi dać. - patrzyła wyczekującą na zielonopalcą. Kobieta zrobiła niezdecydowany ruch głową, w końcu wskazała ręką stolik przy drzwiach z dwoma telewizorkami.
- Tam są komputery dla kandydatów, może pani sobie założyć konto i się zarejestrować na studia - mówiąc to chwyciła dzwoniący telefon i odwróciła się do Irenki plecami. Irenka rozejrzała się po pokoju, wszyscy byli zajęci, ale miejsce przy tych komputerach wolne. To pewnie tam trzymają ten internet, o którym tyle mówią. Poszła i usiadła w brązowym fotelu. Przed nią leżała czarna deseczka z przyciskami, trochę jak klawiatura maszyny do pisania, tylko płaska, a obok dziwne małe urządzenie ze sznurkiem. W drugim fotelu usiadła dziewczyna z warkoczem, Irenka od razu wiedziała, że sympatyczna, dobrze jej z oczu patrzyło.
- Pani też się na studia zapisuje?
Dziewczyna kiwnęła głową, zajęta szukaniem czegoś w czerwonej tekturowej teczce.
Irenka rozejrzała się wokoło, zobaczyła śliczną szczuplutką rudą dziewczynę:
- Proszę pani, może mi pani pomóc, chcę się zapisać na studia.
- Ma pani konto w systemie?
- No właśnie nie mam jeszcze, kochanieńka, ja to nie bardzo potrafię, to proszę cię pomóż mi.
Ruda zaczęła Irence pokazywać co należy zrobić, kiedy ruszała tym dziwnym obłym przedmiotem koło tej płaskiej maszyny do pisania, na telewizorku śmigała mała biała strzałka.
- Widzi pani, tutaj trzeba założyć konto, proszę przeczytać warunki, jeżeli je pani akceptuje, trzeba myszką zaznaczyć te kwadraty, o, tutaj - dziewczyna ruszyła tym obłym kształtem, to musiała być ta myszka, o której mówiła, i strzałka wskazała kwadraty obok bloku tekstu. Irenka dostała wypieków, jej studia były tak blisko.
- To zaznacz je kochanieńka i mów co mam dalej zrobić.
Ruda spojrzała na nią w zadziwieniu, pewnie, że się dziwi, że taka Irenka na studia chce, ale przecież każdy może, i zaznaczyła kwadraty na ekranie i coś jeszcze zrobiła. Na ekranie pojawił się jakiś formularz, dziewczyna zwróciła się do Irenki
- Teraz musi pani wypełnić te wszystkie pola.
- Ale jak ja mam to zrobić?
- Myszką pani najeżdża na pole i z klawiatury wpisuje informacje, jak w polu pojawi się kursor, o taki, widzi pani? - rzeczywiście w polu migała taka czarna kreska.
- A z klawiatury, to tak jak w maszynie do pisania, prawda?
- Tak, tylko wszystko się pisze na ekranie, o widzi pani - dziewczyna coś szybko wstukała na tej klawiaturze i rzeczywiście, na ekranie w tym białym polu pojawiły się literki. - Proszę teraz wpisać swoje imię, nazwisko i resztę informacji, a jak już pani to będzie miała to wybrać przycisk "dalej".
Irenka patrzyła na to jak zaczarowana. Wiele słyszała różnych rzeczy o tym internecie i tych komputerach, ale to co innego móc tego dotknąć i zobaczyć jak to fajnie działa. Irenka postanowiła, że też musi mieć komputer. Ruda dziewczyna w międzyczasie odeszła, zostawiając ją przed tym telewizorkiem. Irenka niepewnie ujęła myszkę i spróbowała najechać na pole, gdzie miała podać swoje imię i nazwisko. Aż zapiekły ją policzki z wrażenia, kiedy zobaczyła migający kursor, a potem jej imię, które sama wpisała, wybierając wskazującym palcem odpowiednie litery. Teraz nazwisko, a potem adres - wszystko okazało się być naprawdę proste. Przy wypełnianiu informacji o wykształceniu trochę się pogubiła, jednak miła sąsiadka z drugiego komputera bardzo jej pomogła. Potem pojawiła się ruda, okazało się, że ma na imię Kasia i sprawdziła czy wszystko jest dobrze. Pomogła Irence też założyć konto imejlowe, tak je nazwała, żeby Irenka mogła dostawać wiadomości przez internet. W pokoju nadal było bardzo dużo ludzi, ktoś wchodził, wychodził, cały tłum, który tak jak i Irenka chciał studiować. Irenka chłonęła to wszystko całą sobą, w końcu to już prawie jak studia. Podobał się jej ten pokój niezwykle, był taki biblioteczny. Ktoś dotknął jej ramienia:
- Pani Irenko - powiedziała rudowłosa - musimy jeszcze zrobić rejestrację, jeśli chce pani studiować.
- Ale pani mi pomoże, pani Kasieńko, prawda?
- Pomogę - westchnęła Kasieńka i w ciągu kilkunastu minut Irenka była już zarejestrowana. Pan Kazio, tak nazywała go zielonopalca, też trochę pomagał. Wyglądał na takiego, co wie  dużo rzeczy, więc Irenka zapytała go, czy się dostanie na studia. Powiedział, że na pewno. Pan Kazio miał takie piękne niebieskie oczy, i okulary. Musiał być mądry, i na pewno wiedział co mówi. Tylko taki trochę roztargniony jakby, bo nie słyszał wszystkich pytań, które mu zadawała, jak na przykład teraz, a to ważne było.
- Panie Kaziu, a czego się na tej historii trzeba uczyć - chwyciła go za rękaw.
- Na przykład pani Irenko, o tym jak to dawniej ludzie żyli.
- A to wiem panie Kaziu, to Łoktek mi ostatnio opowiadał.
- Chyba Łokietek pani Irenko, to był król Polski.
- Wiem, wiem, no przecież opowiadał mi wszystko, co myśmy się pośmiali z Łoktkiem, to nasze. W bibliotece go spotkałam. Dużo ludzi spotykam w bibliotece, wie pan?
Kazio zrobił taką zabawną minę, zamachał na Kasię, która podeszła do nich.
- Kasiu, pokaż pani Irenie, gdzie jest numer konta, dobrze?
Dostała od rudej Kasi numer konta, na które trzeba wpłacić pieniądze. Bank był zaraz obok, w budynku, więc Irenka szybko poszła zapłacić. Za drewnianym blatem siedział miły pan, na wizytówce miał napisane Henryk, Henio, ładnie - pomyślała Irenka. Pan Henio szybko dokonał wpłaty i dał jej potwierdzenie. Tak jak przykazała jej Kasieńka, wróciła do tego ślicznego zielonego pokoju i podała zielonopalcej kwitek. Kasieńka do zielonopalcej mówiła Alutka. Śmiesznie tak. Alutka coś wstukała w klawiaturę, zrobiła sobie kopię potwierdzenia na takiej dużej maszynie stojącej w rogu pokoju przy drzwiach i powiedziała:
- Pani Irenko, pani rejestracje jest potwierdzona. Proszę pamiętać, żeby sprawdzić swoje konto dwudziestego drugiego i jeżeli będzie pani zakwalifikowana do przyjęcia to będzie pani miała dwa dni na wpisanie się na studia.
- Pani Alutko, to ja wtedy przyjadę, dobrze i pani mi powie wszystko, dobrze?
Zielonopalca spojrzała na nią poważnie
- Dobrze, niech pani przyjedzie, tylko proszę mieć ze sobą wszystkie dokumenty, zdjęcie i świadectwo maturalne, dobrze? Podanie wydrukujemy na miejscu. Proszę też przywieźć te karteczki, które napisała pani Kasia, będą bardzo potrzebne.
- Oczywiście proszę pani, no przecież ja głupia nie jestem, schowałam je sobie do portfela, o widzi pani - pokazała zielonopalcej swój zielony portfel i schowane w nim karteczki.
- Bardzo dobrze, pani Irenko. Widzimy się dwudziestego drugiego, ale rano, tak?
[3]
Irenka wyszła z budynku zadowolona bardzo, w końcu udało się, będzie studiowała, ten sympatyczny pan Kazio powiedział, że na pewno się dostanie na studia, tylko, żeby nie zapomniała się wpisać. Dzień był piękny, słoneczny, Irenka miała jeszcze trochę czasu do pociągu, zawsze wiedziała jak jeżdżą pociągi, kiedy wyjść na dworzec, żeby pociąg na nią czekał. Pomyślała sobie, że dobrze by było kupić sobie jakąś książkę, skoro ma studiować, to na pewno będzie musiała dużo czytać. Zobaczyła starszego pana w kapeluszu i z parasolem i zapytała go o najbliższą księgarnię z dobrymi książkami.
- Wie pan, będę studiować historię, to muszę czytać.
Pan uśmiechnął się sympatycznie i powiedziała, że skoro tak, to niedaleko jest taka księgarnia, w której zanim kupi się książkę, można ją sobie najpierw poczytać przy kawie lub herbacie. Irence bardzo spodobał się ten pomysł, wypytała pana dokładnie jak dojść do tej księgarni i dzięki temu znalazła ją bardzo szybko. Weszła do środka, książki się do niej uśmiechały z półek, wzięła jedną do ręki, która nazywała się “Małe trolle i duża powódź”. Zabrała ją do stolika, poszła po kawę i tartę owocową. Kiedy wróciła, Mama Muminka i Muminek już tam siedzieli czekając czy im pomoże znaleźć Tatusia. Irenka wiedziała, że pomoże, że zdąży przed pociągiem i że zabierze ich wszystkich i tego śmiesznego stworka, co jeszcze nie miał imienia, ale wkrótce będzie je miał, ze sobą do domu.

niedziela, 26 lutego 2012

Zostały rzucone

Pirjo Lehtinen


O, Fortuna, velut Luna,
Statu variabilis, semper crescis,
Aut decrescis.”
Carmina Burana


Księżyc jest cmentarzem. Przede wszystkim cmentarzem idei, widziałem zgrabną książkę na ten temat. Bestseller w dwudziestu jeden krajach, czytaliście? Że najpierw był bogiem, albo zabawką bogów, przesuwaną po nieboskłonie, połykaną i wypluwaną. Wymiotowaną kreatywnie. Kreacyjnie. Wzniośle. Że był miejscem, do którego udawał się bohater, bohater ma się rozumieć mityczny a potem prawdziwy, z krwi i kości, człowiek. Śmiertelnik, choć przekuty na herosa. Czasem powracał z księżycowego zaświatu, innym razem zaś zostawał w górze na dobre. Do dziś, a przecież minęło tyle wieków, w międzynarodowym teście pamięci dorośli rozpoznają owe kadry, ujęcia, choćby podświadomie. Są dla nich niby elementarz, czarno na białym wykreślone litery alfabetu, znajome i proste: pierwszy krok, pasiasty odcisk buta, dmuchany kombinezon, wzruszenie, flaga. Per aspera ad astra. Viva, homo religiosus! Vivare!
Księżyc, pisano w onej książce, jest projekcją kolektywnych wyobrażeń i nadziei, zbiorem piosenek o mrocznej stronie, alegorycznych przedstawień kobiecości dążącej od wąskiego sierpa ku brzemiennej pełni. Wymarzony srebrny glob, czyż nie? Cmentarz idei. Uśmiechacie się, a przecież mówię... Lecz dziś, dziś staje się także cmentarzem realnym, u schyłku ostatniej, najbardziej może szalonej z dotychczasowych- koncepcji.

U schyłku 21 wieku…czy któryś z waszych przodków, bladych praszczurów trzymanych jak niewygodny mebel na pograniczu wirtualnego i realnego świata, spytajcie ich wprost, czy któryś z nich  pamięta jeszcze piękne czasy Drugiego Renesansu, wizję człowieka na powrót prawego, silnego siłami nowych natur i starych filozoficznych systemów? Ów etos pracy ubrany dla niepoznaki w cesarskie szaty? I to wspaniałe więzienie, do którego… Tak, dobrze myślicie. Kolejna klisza, archetyp, blizna. Zbudowano je właśnie wtedy, można o tym poczytać w podręcznikach do historii. I zobaczyć na holografice. Masywne baraki, ich dachy, błysk obracających się solarnych paneli, podziemne korytarze. Księżycowe więzienie, placówka resocjalizacji, panopticum, obóz pracy, recepta na przeludnienie i na energetyczne braki. Niektórzy nawet mieli gotowy mem, sprawdźcie, poczytajcie, zapytajcie praszczura o kod 83. Numer oficjalnego kanału dystrybuującego sygnał w wersji live, w formacie cyfrowym, wprost na stareńką Matkę-Ziemię. Strona i jej podstrony. Codzienne życie wielokulturowego mrowiska, widziane z pewnego oddalenia, postacie bez twarzy, tylko ruch. Big Brother na kwasie, żartowano. Pamiętam; interwały, cykle, obroty, aż wreszcie kamera chwytała widok zza nielicznych księżycowych okien, i wstrzymywaliśmy oddech, my, widzowie, podglądacze- patrząc w plastikową szybkę celi z focusem na Błękitną Planetę. Jeszcze nie wiedzieliśmy tego ale żaden z więźniów, żaden z tych zapracowanych facetów, żadna z zapiekłych w nienawiści, krótko ostrzyżonych kobiet- nikt nie miał powrócić do domu. Sors immanis! Nigdy, nikt.
Cięcia budżetowe, wyczerpany grant, cofnięte dotacje. Po rewolucji 56 i oddzieleniu się krajów Ameryki Łacińskiej; po wyczerpaniu funduszy europejskich; po wojnie Wschodniej… sami rozumiecie, były ważniejsze sprawy niż tamten stary projekt. Pewnej zimy kanał 83 zaczął śnieżyć a później zupełnie go wykasowali. Rodziny osadzonych starały się o informacje, o odszkodowania. Pamiętam… miesiące protestów, zapłakane twarze bezrefleksyjnie przemielone, trójwymiarowo wyżęte i odwirowane przez medialną maszynerię. Łzy, slogany, polityczne debaty. Tak, przemieleni.. Zdradzeni. Wydani. W proch i w pył i na zatracenie. Albowiem tamci ludzie- trzy miliony obywateli, dla niepoznaki zwanych „osadzonymi”- nie byli wtedy niczyją troską. Nie tak naprawdę. Zostawieni samym sobie, bez dostaw sprzętu, bez serwisu urządzeń, bez kontaktu zwrotnego- musieli zginąć w męczarniach. Wiedzieliśmy to: my, ludzkość. Cogito, ergo…
I jak wszystkie wstydliwe tajemnice, zagrzebaliśmy nasz samolubny Holocaust głęboko pod dywanem. Nie boję się wspominać, dziś i jutro, głośno i wyraźnie: moi mili, tak przecież było! Nikt nie wziął personalnej odpowiedzialności, nikt się nie poczuwał. Zdetronizowani władcy mówili- wszystko w gestii następców, ja już tu nie rządzę. Nowi mówili- projekty poprzednika nie są moją sprawą, nie obciążają zatem mojego sumienia. Objawiali rewelację, dogmat o czystych rękach i absolutnie nieskazitelnym resume. Globalny reset, niepraważ? Wygoda startowania od śnieżnobiałej kartki. Tabula rasa. Rerum tanta novitas. W końcu wszystkie strony konfliktu, niezależnie od siebie lecz wykazując zdumiewającą taktyczną  zgodność utajniły dokumenty; szyfrując nieliczne, których nie udało się zniszczyć.
Księżyc…dwa pokolenia i znów był tylko ciałem na nieboskłonie, wyzutym z symboliki, odartym z marzeń. Byliśmy tam. Postawiliśmy stopę, nogę, trzy miliony par nóg. Telewizja pokazała, co było do pokazania. Księżyc nas znudził. Nasi tam mieszkali lecz pomarli, pozwoliliśmy im umrzeć. Księżyc bez magii, księżyc na którym się już nie da zarobić ani centa. Najmilsi! Wystarczyły dwa pokolenia! Candidior quam nix pagina erat!!!

I nagle, nagle, oddolna inicjatywa, absolwenci prestiżowych uczelni, prawnicy i filozofowie, Oxford i Cambridge, Harvard i Yale, dysputy nad herbatą z mlekiem i przy grzanym winie. Obrońcy praw człowieka, egzorcyści podświadomości zbiorowej. Nagle w 23cim, niespełna dekadę temu, musicie to pamiętać, zaczęli pisać i debatować, w najlepszym czasie antenowym. Nowi bohaterowie! Księżycowe Bractwo, tak o sobie mówili. Mówili i chyba nadal mówią, choć rozszczepili się na niezliczoną ilość fundacji i spółek a także- może przede wszystkim- religijnych wspólnot, jak choćby słynni Niewolnicy Samsary. Ruchy karmiczne objęły spojrzeniem całą historię ludzkości. Uważnym spojrzeniem.  Bracia, wołali w starannie sprofilowaną cyberprzestrzeń, bracia i siostry! Zostawiliśmy ich na pewną śmierć, i teraz za to płacimy. Nasze dzisiejsze porażki, niemożliwość dalszego rozwoju, czyśćcowy zastój, zablokowane Koło Przemian, toż to wszystko pokłosie samolubnej decyzji sprzed lat. Nie możemy ruszyć do przodu gdy nad nami wisi co noc, niczym blady wyrzut sumienia- gigantyczny cmentarz. Nigdy nie pożegnane, nie przeprowadzone na drugą stronę, bezdomne dusze. Deficyt człowieczeństwa ściągający nas w dół, rozumiesz? A ty? O, tak, ostatnie dziesięciolecia są istną pożywką dla religijnych wizji, dla takich właśnie, dawno już nie słyszanych, spiskowych interpretacji historii. Dla rozmaitej maści fundamentalizmów. Dla wiary w choćby najgłupszą teorię wszystkiego.
I ten ruch, ten oddolny, dynamicznie rozwijający się trend gromadził i łączył, aż wreszcie idea dojrzała niczym owoc z drzewa wiadomości i było ich stać, i uzyskali wszelkie zgody. Dostali na złotej tacy zezwolenia a nawet błogosławieństwa co poniektórych władz, prawa państwowe rozkrojone i ociekające sokiem, gotowe do natychmiastowego spożycia. Poparcie marionetkowych księstw, które dla fantastycznej wyprawy sprzedały koronne klejnoty. Tak było! I stało się, że 16 dnia upalnego miesiąca lipca roku 2301 post Chrystusie, po kilku bezzałogowych testach wypuszczono w górę całą eskadrę z mozołem odnowionych lecz po prawdzie niemodernizowanych od lat krążowników. Na ich czele Arka, najnowszy model z modeli starych. Za nim jedenaście mniejszych stateczków, pękających w szwach od proroków, egzorcystów, papieży. Każda religia, choćby mikroskopijna, musiała mieć na pokładzie swojego człowieka. Duchowego przywódcę który odkurzy stare ryty i wypowie słowa, wykona gest.

I ja tam byłem, zdaje mi się jakby wczoraj, na Eulogii, razem z Hindusami i Żydami kilku odłamów. Kłócili się całą drogę, albo prawie całą, bo wreszcie zamilkli, wpatrzeni w rosnący za oknami glob. To było przytłaczające uczucie, wierzcie mi. Coś jak wędrówka w przeszłość, w archaiczne miejsce kultu będące zarazem miejscem klęski, na przeklętą pustynię. Gdy lądowaliśmy było tak cicho, tak cicho. Część z nich się bała, i to się udzieliło. W końcu- sami duchowni. W ich maleńkich wszechświatach roiło się od złośliwych istot skłonnych wyrządzić śmiertelnikowi krzywdę, a na tą krzywdę, umówmy się, zasłużył każdy jeden z nas. I lądowania nigdy nie zapomnę, gdy na komendy z przed dwóch pokoleń otworzył się właz i dostaliśmy się do środka, w mrok. Nie zapomnę powierzchni księżyca, realnej i równocześnie jakby nieprawdziwej. Rosa rubicundior! Veni, veni, venias! Wysypaliśmy się w wielkiej sali przylotów, mróweczki, jak kiedyś oni, a każdy jeden w skafandrze, bo kto wie co zastaniemy po tych wszystkich latach. W środku ciemno, jedynie delikatny poblask wyczerpanych, zasnutych bielmem paneli i migające gdzieniegdzie lampki dawnych kamer, nadających – jeśli nadal nadawały- tylko w jedną stronę. Festina lente. Nikomu się nie spieszy, wiemy, co wkrótce dane nam będzie zobaczyć, co musimy znaleźć. Ciała. W jakimś miejscu, na jakimś etapie wędrówki przez klaustrofobiczne korytarze, przez kajuty, mostki i warsztaty natkniemy się na ich ślad, i nie będzie to piękne. Idziemy, i rezonują w nas owe oksfordzkie herbatki, i dźwięczą płomienne przemówienia, echa rzucanych w eter proroctw, otulają niby miękka alpaka i solidny, brytyjski tweed. Są z nami wszystkie jasne, karzące słowa, wypowiadane z pasją i dewocją. Z taką pasją! I jesteśmy mimo wielkich słów nagle mali, niepewni, pogubieni. A może tylko ja to czuję, w dziwacznej, sztucznej grawitacji, która musiała się popsuć, bo jest mi słabo, niedobrze. Oddycha za mnie ledwie odrestaurowana maszyneria sprzed lat, naprawiona na słowo honoru przez kogoś, kogo imienia nie poznałem, wszystko jest stare, stare. Ja także jestem starcem. Idziemy, otwiera się śluza, słyszę jak na raz bierzemy oddech, ale nadal nic. Idziemy, idziemy, w głąb księżyca, jak do dna własnej podświadomości, i dopiero na poziomie minus pięć pierwsze odkrycie, niewielki cmentarz, który zdumiewa nas, bo są tam daty zgonów wskazujące, że więźniowie przetrwali dłużej niż myśleliśmy, co najmniej jedno pokolenie. Są groby dzieci, niewielkie urny, dzieci które przyszły na świat po 56tym, po „zamknięciu projektu”. Robi nam się nieswojo. Więc trwali, starali się przetrwać, nie było apokalipsy, nagłej i –w naszym odczuciu- humanitarnej. Lecz grobów jest niewiele, może kilkaset, i daty urywają się kilkadziesiąt lat wstecz. Co się stało z resztą? Idziemy, wleczemy się przez mroczne korytarze, chcemy wiedzieć i nie chcemy. Ów cmentarz uzmysłowił nam chyba realizm sytuacji. Tragedię jaka się tu rozegrała. Zdaje mi się że wędrówka trwa nieskończoną ilość czasu a na pewno później, na ziemi, będzie mnie codziennie prześladować w snach. Mam fantazje o ciałach poskręcanych dekompresją, o tych rozczłonkowanych i zmiażdżonych, albo o tych, które wydają się spać, lewitować, zatrzymane w czasie. Już je prawie widzę, kątem oka, ale nie ma ich. Są natomiast ślady życia. Resztki zapasów żywności, kabiny pełne osobistych drobiazgów, przerzucone niedbale przez poręcz robocze spodnie, upuszczony w pośpiechu tablet. Wyryte już na zawsze pod powieką oka- detale. Niepokój narasta. Niektórzy kapłani zaczynają mamrotać egzorcyzmy, sugerować że w ciemności czai się zło. Ale to jedynie atmosfera, pustka, dojmujący brak ruchu. Chodzimy godzinami, rozdzielamy się i łączymy na powrót; w stada, procesje, pochody. Wiele kilometrów dalej docieramy na południowe lądowisko, okropnie zmęczeni, przynajmniej ja. Załoga Arki pierwsza zwraca uwagę na fakt, że ogromna sala została przerobiona na warsztat, wypełniają go monstrualne, dziwaczne urządzenia, dźwigi sklecone z dźwigów, platformy nabudowane na platformach, narzędzia z połączonych narzędzi. A w samym środku- dłuższą chwilę zajmuje nam ogarnięcie tej myśli- zaczernione, smoliste miejsce-po-starcie. Tak. Właśnie tak.

***

-Nie wierzę- mówię sam do siebie, odruchowo, ale najwyraźniej na głos, gdyż moje słowa odbijają się od ścian prowizorycznej montażowni kosmicznych promów i inicjują łańcuchową reakcję. Za mną, obok mnie, wszędzie dookoła, duchowni wszystkich religii padają na kolana i zanoszą się płaczem, modłami, pieśnią. Niektórzy zrywają z twarzy hełmy, i oddychają podejrzanym powietrzem. Inni leżą krzyżem na czarnej plamie, próbując się z nią zjednoczyć. Szamani tańczą. Sors immanis et inanis! Nikt nie jest do końca pewien, co oznacza nasze odkrycie. Jak to dogmatycznie zinterpretować, jak oswoić, nazwać.

***

I wróciliśmy, z zupełnie inną historią niż się wszyscy spodziewali. I był ferment, wzburzenie, powstało kilka bestsellerów, odbyło się parę prywatnych misji ze zdalnym, bezdusznym, bezzałogowym skanowaniem powierzchni księżyca, by się upewnić. Upadło kilkanaście religii, ruchy karmiczne zradykalizowały się a później zamilkły tracąc impet oraz wyznawców. Niewolnicy Samsary wysadzili w powietrze jedno z największych zachodnich miast. Ferment w mediach trwał do zeszłego roku, kiedy, jak wiecie, zastąpiła go druga wojna Wschodnia oraz inne świeżutkie apokalipsy. Owszem, zgadza się, widzę wasze uśmieszki, młodzi przyjaciele, i mam również na myśli rewoltę Hipotezy 4.0.2.

Ale ja nie zapomniałem. Tego nie sposób zapomnieć. Nie sposób wybielić, wytrawić do czysta niepokoju który rozdziera na kawałki wszystkie moje sny. Teraz, gdy patrzę w niebo, ja- prorok nowej, ultra pesymistycznej religii, zastanawiam się- kiedy powrócą. I myślę, że gdybym był na ich miejscu, gdybym został wystawiony na pewną śmierć, zdradzony jak oni- miałbym w sobie ogromne zasoby nieutulonego żalu. A może nawet zapiekłej urazy. Albo wściekłości i ochoty na międzygalaktyczną zemstę. Mecum omnes plangite! Mecum omnes plangite! Powiem wam, za każdym razem gdy urządzenia wykrywają jakiś statek w oddali, a potem okazuje się to fałszywym alarmem, za każdym razem pętla zaciska się mocniej. Czuję w kościach, wibrujących strachem, że to już niedługo. Zmarli powrócą zza grobu, by nas nawiedzać. Dać nam, na co sobie zasłużyliśmy. Alea iacta…Ot co.


Nie zaprosi nawet misia

R.I.Prescott



            Dziwne, to co najbardziej pamiętała ze starego mieszkania na poddaszu to lekko stęchły zapach, który uderzał w nozdrza, kiedy się do niego wchodziło. Zapach, który kojarzył się jej z bezpieczeństwem.  Znowu go poczuła, zanim jeszcze uśmiechnięta Joanna otworzyła jej drzwi.
- Cześć Wieszaku, widzę, że dotarłaś na czas. No wchodź, nie czaj się tak na tych schodach - energicznym gestem wciągnęła ją do mieszkania, jednocześnie wtaczając jej walizkę do przedpokoju. Przedpokój niewiele się zmienił, cztery białe ściany wypełnione drzwiami do pokojów, kuchni, łazienki i szaf. Joanna zmieniła tylko sposób jego oświetlenia, zamontowała podwieszany sufit i zrobiła w nim cztery kwadratowe świetliki. Siostra wyściskała ją mocno, przyjemnie było się przytulić do jej miękkości. W lustrze zobaczyła swoją bladą twarz przytuloną do jasnych włosów Joanny. Wyswobodziła się z jej ramion i przyjrzała siostrze. Joanna wyglądała zdrowo, ciepło z rumieńcami na policzkach i uśmiechem czającym się w kącikach oczu. Rozejrzała się po przedpokoju.
- Widzę, że znalazłaś sposób, żeby było tu jaśniej - powiedziała, zdejmując płaszcz i otwierając szafę po prawej na okrągłym grubym drągu samotnie wisiał jeden wieszak. Joanna, która już zdążyła pójść do kuchni, wystawiła z niej głowę.
- A tak, jak ci się podobają moje studnie światła? Chcesz herbaty?
- Fajna sprawa. Tak, ale tylko jeśli masz pu erh. - Powiesiła trencz w szafie, zamknęła ją i poszła do swojego pokoju. Wchodząc do niego usłyszała jak Joanna prycha obrażona.
- Pewnie, że mam, Wieszaku. I nadal potrafię ją zaparzyć tak, jak nikt inny.
Wieszaku - pomyślała Karolina. Tylko Joanna mogła do niej tak mówić. Zostawiła swoją walizkę w pokoju i poszła do siostry. Na stole stał już zestaw do parzenia herbaty. Uwielbiała te gliniane czarki, czajniczki, każdy do odpowiedniej herbaty, sitka, tacę. Był tam też chiński elektryczny czajnik z kontrolą temperatury wody, który przywiozła siostrze z Hong Kongu.
- Zostawiam to wszystko tobie, więc nauczę cię jak masz parzyć sobie dobrą herbatę. Nie możesz przecież pozwolić, żeby ta paczka z Yunnanu się zmarnowała, prawda? Siadaj siostra i ucz się. No i opowiadaj o tej nowej pracy w Australii. Poważnie dostałaś rolę w serialu? Jak długo tam będziesz? No i znowu nie będziesz się odzywać?
- Aśka, przecież wiesz jak jest ze mną, ale zawsze wracam, prawda? - uśmiechnęła się do siostry. Joanna machnęła zniechęcona ręką. Karolina kontynuowała - poza tym będę tam jakieś pół roku najwyżej, co to jest w porównaniu z twoim dwuletnim kontraktem. Na razie chcę sobie odpocząć, a przede wszystkim spędzić wieczór z tobą.
            Joanna pokazała jej język i się roześmiała. Potem zabrała się za odkrawanie kawałka sprasowanej w kostkę herbaty. Zapowiadał się wesoły siostrzany wieczór. Dobrze zaparzony i odpowiednio dawkowany pu erh działał lepiej niż wino. Poza tym na stole stała też puszka z oolongiem. Nie położą się dziś wcześnie do łóżek.

            Znowu, jak za dawnych czasów, siedziały przy dużym stole w kuchni. Wschodzące słońce padało na stół przez połaciowe okno, a one obie ziewały. Joanna postawiła na stole karafkę z wodą, trzeba było załagodzić skutki wypicia wczorajszego wieczoru ogromnych ilości herbaty, suszyło nie gorzej niż po alkoholu, ale głowa nie bolała. Potem podała Karolinie talerz z plastrami mozarelli i pomidorów przekładanych liśćmi bazylii. Postawiła też przed nią filiżankę czarnej, parującej kawy. Sama miała tosty, jajecznicę z boczkiem i kakao, wszystko to chrupała ze smakiem i radością. Karolina zazdrościła jej tego apetytu i pewności siebie.
- Kiedy masz samolot?
- O jedenastej, ale na lotnisku muszę być dwie godziny wcześniej.
Karolina spojrzała na zegarek. Miały jeszcze trochę czasu.
Joanna położyła na stole teczkę.
- Tu masz wszystkie dokumenty, pełnomocnictwa. Rachunki opłaciłam na pół roku do przodu. Jeszcze sprawa kluczy. Jeden komplet zostawiłam matce, na wszelki wypadek. Nie krzyw się, nasza matka jest specyficzna, ale jest na miejscu, a ty przecież zaraz też wybywasz w świat, a mnie tu w ogóle nie będzie, wiesz jak jest
Pokiwała głową. Joannie łatwo się mówiło, bo zawsze miała mocny charakter i nigdy nie przejmowała się matką.
- Ej no, Wieszaku, nie będziemy się dzisiaj smucić, obiecałaś.
Uśmiechnęła się z przymusem. To wielki dzień jej siostry, wylatuje do ukochanych Chin, spełnia swoje marzenia, nie należy jej tego psuć swoimi humorami. Postarała się nawet zjeść całe śniadanie, bo siostra bacznie jej się przyglądała.
            Odprowadziła ją do taksówki. Joanna przytuliła ją mocno i szepnęła jej do ucha:
- Dbaj o siebie Karolina, bardzo cię proszę.
- Nie martw się Asiu, będę o siebie dbała. Baw się dobrze w Państwie Środka. - Odszepnęła.
Taksówkarz chrząknął znacząco. Joanna szybko wsiadła, zamknęła drzwi, ale jeszcze wystawiła głowę przez okno samochodu i zawołała
- Acha, znając ciebie, kupiłam całą zgrzewkę wody mineralnej. Stoi w szafce koło zlewu.
Karolina pomachała jej na pożegnanie i wróciła na poddasze. Zamknęła porządnie drzwi, na dwa zamki, jak zawsze kiedy miała gdzieś być sama. Potem pobiegła do łazienki i zwróciła całe śniadanie. Dobrze, że Joanna nie będzie o tym wiedziała. Wypłukała usta, umyła zęby, przeczyściła je jeszcze nitką dentystyczną. Obmyła twarz w zimnej wodzie i wytarła ją starannie ręcznikiem. Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się do siebie. Jeszcze trochę i wszystko będzie dobrze. Poszła do kuchni, z szafki w rogu wyjęła stary moździerz, którego używała podobno ich prababcia. Postawiła go na stole. Obok niego ustawiała wszystkie elementy zestawu do parzenia herbaty. Na końcu postawiła elektryczny czajnik. Wyciągnęła też zgrzewkę wody mineralnej, którą zostawiła jej Joanna.

            Wyszła do przedpokoju. Otworzyła szeroko drzwi szafy, na drążku samotnie zwisał jej szary trencz. Znalazła włącznik światła, goła żarówka raziła oczy, jednak po chwili wzrok się przyzwyczaił. Rozejrzała się po wnętrzu szafy. Złożone stare łóżko polowe nadal tam stało. Weszła do środka, łóżko nie było nawet zakurzone, widocznie Joanna też pamiętała czasy ich dzieciństwa. Rozłożyła je, w środku były schowane dwa kolorowe jaśki i gruby równie kolorowy koc. Zadowolona wróciła do kuchni i powoli zanosiła do szafy wszystkie przygotowane rzeczy. Pożyczyła sobie niski kwadratowy stolik z pokoju Joanny i wstawiła do szafy. Zmęczyła się, ale było warto. Teraz została jej tylko jedna rzecz. Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyjęła dwa pudełka. Usiadła na łóżku i wsypała zawartość pierwszego do moździerza, potem drugiego. Wolno ubijała białe pastylki na proszek. Kiedy była zadowolona z efektu, położyła się na łóżku, zaskrzypiały stare sprężyny. Podłożyła ręce pod głowę. Zamknęła oczy. Wreszcie czuła się u siebie, bezpiecznie. Jak wtedy kiedy z Joanną bawiły się, że szafa to ich dom. Tylko tym razem nie zaprosi na herbatkę ani siostry ani lalek ani swojego ulubionego misia.

***
            Telefon uporczywie dzwonił. Joanna zaklęła pod nosem i sięgnęła po komórkę. Nie znała numeru, ale ponieważ był polski, więc odebrała. To była policja, jakiś aspirant zadawał pytania na temat jej krakowskiego mieszkania, potem pytał o Karolinę, nie rozumiała o co chodzi, przecież Karolina była w Australii. Potem ten policjant powiedział coś dziwnego. Joanna dotknęła ręką czoła.
- Mógłby pan powtórzyć jeszcze raz co pan powiedział?
- W pani mieszkaniu, w szafie znaleźliśmy zwłoki na polowym łóżku.  W zasadzie z ciała pozostał sam szkielet. Przypuszczamy, że to może być pani siostra.