DRAMATIS PERSONAE

DRAMATIS PERSONAE




Pirjo Lehtinen - wielbicielka gorących napojów, szczególnie herbaty, kawy i czekolady. W wolnych chwilach zajmuje się spaniem.



R.I.Prescott - domowa bogini researchu.



Lewis Oliver - lubi słuchać gry na akordeonie i trzasków bata. Tresuje bestie w swojej głowie i wypuszcza je na papier.




niedziela, 26 lutego 2012

Zostały rzucone

Pirjo Lehtinen


O, Fortuna, velut Luna,
Statu variabilis, semper crescis,
Aut decrescis.”
Carmina Burana


Księżyc jest cmentarzem. Przede wszystkim cmentarzem idei, widziałem zgrabną książkę na ten temat. Bestseller w dwudziestu jeden krajach, czytaliście? Że najpierw był bogiem, albo zabawką bogów, przesuwaną po nieboskłonie, połykaną i wypluwaną. Wymiotowaną kreatywnie. Kreacyjnie. Wzniośle. Że był miejscem, do którego udawał się bohater, bohater ma się rozumieć mityczny a potem prawdziwy, z krwi i kości, człowiek. Śmiertelnik, choć przekuty na herosa. Czasem powracał z księżycowego zaświatu, innym razem zaś zostawał w górze na dobre. Do dziś, a przecież minęło tyle wieków, w międzynarodowym teście pamięci dorośli rozpoznają owe kadry, ujęcia, choćby podświadomie. Są dla nich niby elementarz, czarno na białym wykreślone litery alfabetu, znajome i proste: pierwszy krok, pasiasty odcisk buta, dmuchany kombinezon, wzruszenie, flaga. Per aspera ad astra. Viva, homo religiosus! Vivare!
Księżyc, pisano w onej książce, jest projekcją kolektywnych wyobrażeń i nadziei, zbiorem piosenek o mrocznej stronie, alegorycznych przedstawień kobiecości dążącej od wąskiego sierpa ku brzemiennej pełni. Wymarzony srebrny glob, czyż nie? Cmentarz idei. Uśmiechacie się, a przecież mówię... Lecz dziś, dziś staje się także cmentarzem realnym, u schyłku ostatniej, najbardziej może szalonej z dotychczasowych- koncepcji.

U schyłku 21 wieku…czy któryś z waszych przodków, bladych praszczurów trzymanych jak niewygodny mebel na pograniczu wirtualnego i realnego świata, spytajcie ich wprost, czy któryś z nich  pamięta jeszcze piękne czasy Drugiego Renesansu, wizję człowieka na powrót prawego, silnego siłami nowych natur i starych filozoficznych systemów? Ów etos pracy ubrany dla niepoznaki w cesarskie szaty? I to wspaniałe więzienie, do którego… Tak, dobrze myślicie. Kolejna klisza, archetyp, blizna. Zbudowano je właśnie wtedy, można o tym poczytać w podręcznikach do historii. I zobaczyć na holografice. Masywne baraki, ich dachy, błysk obracających się solarnych paneli, podziemne korytarze. Księżycowe więzienie, placówka resocjalizacji, panopticum, obóz pracy, recepta na przeludnienie i na energetyczne braki. Niektórzy nawet mieli gotowy mem, sprawdźcie, poczytajcie, zapytajcie praszczura o kod 83. Numer oficjalnego kanału dystrybuującego sygnał w wersji live, w formacie cyfrowym, wprost na stareńką Matkę-Ziemię. Strona i jej podstrony. Codzienne życie wielokulturowego mrowiska, widziane z pewnego oddalenia, postacie bez twarzy, tylko ruch. Big Brother na kwasie, żartowano. Pamiętam; interwały, cykle, obroty, aż wreszcie kamera chwytała widok zza nielicznych księżycowych okien, i wstrzymywaliśmy oddech, my, widzowie, podglądacze- patrząc w plastikową szybkę celi z focusem na Błękitną Planetę. Jeszcze nie wiedzieliśmy tego ale żaden z więźniów, żaden z tych zapracowanych facetów, żadna z zapiekłych w nienawiści, krótko ostrzyżonych kobiet- nikt nie miał powrócić do domu. Sors immanis! Nigdy, nikt.
Cięcia budżetowe, wyczerpany grant, cofnięte dotacje. Po rewolucji 56 i oddzieleniu się krajów Ameryki Łacińskiej; po wyczerpaniu funduszy europejskich; po wojnie Wschodniej… sami rozumiecie, były ważniejsze sprawy niż tamten stary projekt. Pewnej zimy kanał 83 zaczął śnieżyć a później zupełnie go wykasowali. Rodziny osadzonych starały się o informacje, o odszkodowania. Pamiętam… miesiące protestów, zapłakane twarze bezrefleksyjnie przemielone, trójwymiarowo wyżęte i odwirowane przez medialną maszynerię. Łzy, slogany, polityczne debaty. Tak, przemieleni.. Zdradzeni. Wydani. W proch i w pył i na zatracenie. Albowiem tamci ludzie- trzy miliony obywateli, dla niepoznaki zwanych „osadzonymi”- nie byli wtedy niczyją troską. Nie tak naprawdę. Zostawieni samym sobie, bez dostaw sprzętu, bez serwisu urządzeń, bez kontaktu zwrotnego- musieli zginąć w męczarniach. Wiedzieliśmy to: my, ludzkość. Cogito, ergo…
I jak wszystkie wstydliwe tajemnice, zagrzebaliśmy nasz samolubny Holocaust głęboko pod dywanem. Nie boję się wspominać, dziś i jutro, głośno i wyraźnie: moi mili, tak przecież było! Nikt nie wziął personalnej odpowiedzialności, nikt się nie poczuwał. Zdetronizowani władcy mówili- wszystko w gestii następców, ja już tu nie rządzę. Nowi mówili- projekty poprzednika nie są moją sprawą, nie obciążają zatem mojego sumienia. Objawiali rewelację, dogmat o czystych rękach i absolutnie nieskazitelnym resume. Globalny reset, niepraważ? Wygoda startowania od śnieżnobiałej kartki. Tabula rasa. Rerum tanta novitas. W końcu wszystkie strony konfliktu, niezależnie od siebie lecz wykazując zdumiewającą taktyczną  zgodność utajniły dokumenty; szyfrując nieliczne, których nie udało się zniszczyć.
Księżyc…dwa pokolenia i znów był tylko ciałem na nieboskłonie, wyzutym z symboliki, odartym z marzeń. Byliśmy tam. Postawiliśmy stopę, nogę, trzy miliony par nóg. Telewizja pokazała, co było do pokazania. Księżyc nas znudził. Nasi tam mieszkali lecz pomarli, pozwoliliśmy im umrzeć. Księżyc bez magii, księżyc na którym się już nie da zarobić ani centa. Najmilsi! Wystarczyły dwa pokolenia! Candidior quam nix pagina erat!!!

I nagle, nagle, oddolna inicjatywa, absolwenci prestiżowych uczelni, prawnicy i filozofowie, Oxford i Cambridge, Harvard i Yale, dysputy nad herbatą z mlekiem i przy grzanym winie. Obrońcy praw człowieka, egzorcyści podświadomości zbiorowej. Nagle w 23cim, niespełna dekadę temu, musicie to pamiętać, zaczęli pisać i debatować, w najlepszym czasie antenowym. Nowi bohaterowie! Księżycowe Bractwo, tak o sobie mówili. Mówili i chyba nadal mówią, choć rozszczepili się na niezliczoną ilość fundacji i spółek a także- może przede wszystkim- religijnych wspólnot, jak choćby słynni Niewolnicy Samsary. Ruchy karmiczne objęły spojrzeniem całą historię ludzkości. Uważnym spojrzeniem.  Bracia, wołali w starannie sprofilowaną cyberprzestrzeń, bracia i siostry! Zostawiliśmy ich na pewną śmierć, i teraz za to płacimy. Nasze dzisiejsze porażki, niemożliwość dalszego rozwoju, czyśćcowy zastój, zablokowane Koło Przemian, toż to wszystko pokłosie samolubnej decyzji sprzed lat. Nie możemy ruszyć do przodu gdy nad nami wisi co noc, niczym blady wyrzut sumienia- gigantyczny cmentarz. Nigdy nie pożegnane, nie przeprowadzone na drugą stronę, bezdomne dusze. Deficyt człowieczeństwa ściągający nas w dół, rozumiesz? A ty? O, tak, ostatnie dziesięciolecia są istną pożywką dla religijnych wizji, dla takich właśnie, dawno już nie słyszanych, spiskowych interpretacji historii. Dla rozmaitej maści fundamentalizmów. Dla wiary w choćby najgłupszą teorię wszystkiego.
I ten ruch, ten oddolny, dynamicznie rozwijający się trend gromadził i łączył, aż wreszcie idea dojrzała niczym owoc z drzewa wiadomości i było ich stać, i uzyskali wszelkie zgody. Dostali na złotej tacy zezwolenia a nawet błogosławieństwa co poniektórych władz, prawa państwowe rozkrojone i ociekające sokiem, gotowe do natychmiastowego spożycia. Poparcie marionetkowych księstw, które dla fantastycznej wyprawy sprzedały koronne klejnoty. Tak było! I stało się, że 16 dnia upalnego miesiąca lipca roku 2301 post Chrystusie, po kilku bezzałogowych testach wypuszczono w górę całą eskadrę z mozołem odnowionych lecz po prawdzie niemodernizowanych od lat krążowników. Na ich czele Arka, najnowszy model z modeli starych. Za nim jedenaście mniejszych stateczków, pękających w szwach od proroków, egzorcystów, papieży. Każda religia, choćby mikroskopijna, musiała mieć na pokładzie swojego człowieka. Duchowego przywódcę który odkurzy stare ryty i wypowie słowa, wykona gest.

I ja tam byłem, zdaje mi się jakby wczoraj, na Eulogii, razem z Hindusami i Żydami kilku odłamów. Kłócili się całą drogę, albo prawie całą, bo wreszcie zamilkli, wpatrzeni w rosnący za oknami glob. To było przytłaczające uczucie, wierzcie mi. Coś jak wędrówka w przeszłość, w archaiczne miejsce kultu będące zarazem miejscem klęski, na przeklętą pustynię. Gdy lądowaliśmy było tak cicho, tak cicho. Część z nich się bała, i to się udzieliło. W końcu- sami duchowni. W ich maleńkich wszechświatach roiło się od złośliwych istot skłonnych wyrządzić śmiertelnikowi krzywdę, a na tą krzywdę, umówmy się, zasłużył każdy jeden z nas. I lądowania nigdy nie zapomnę, gdy na komendy z przed dwóch pokoleń otworzył się właz i dostaliśmy się do środka, w mrok. Nie zapomnę powierzchni księżyca, realnej i równocześnie jakby nieprawdziwej. Rosa rubicundior! Veni, veni, venias! Wysypaliśmy się w wielkiej sali przylotów, mróweczki, jak kiedyś oni, a każdy jeden w skafandrze, bo kto wie co zastaniemy po tych wszystkich latach. W środku ciemno, jedynie delikatny poblask wyczerpanych, zasnutych bielmem paneli i migające gdzieniegdzie lampki dawnych kamer, nadających – jeśli nadal nadawały- tylko w jedną stronę. Festina lente. Nikomu się nie spieszy, wiemy, co wkrótce dane nam będzie zobaczyć, co musimy znaleźć. Ciała. W jakimś miejscu, na jakimś etapie wędrówki przez klaustrofobiczne korytarze, przez kajuty, mostki i warsztaty natkniemy się na ich ślad, i nie będzie to piękne. Idziemy, i rezonują w nas owe oksfordzkie herbatki, i dźwięczą płomienne przemówienia, echa rzucanych w eter proroctw, otulają niby miękka alpaka i solidny, brytyjski tweed. Są z nami wszystkie jasne, karzące słowa, wypowiadane z pasją i dewocją. Z taką pasją! I jesteśmy mimo wielkich słów nagle mali, niepewni, pogubieni. A może tylko ja to czuję, w dziwacznej, sztucznej grawitacji, która musiała się popsuć, bo jest mi słabo, niedobrze. Oddycha za mnie ledwie odrestaurowana maszyneria sprzed lat, naprawiona na słowo honoru przez kogoś, kogo imienia nie poznałem, wszystko jest stare, stare. Ja także jestem starcem. Idziemy, otwiera się śluza, słyszę jak na raz bierzemy oddech, ale nadal nic. Idziemy, idziemy, w głąb księżyca, jak do dna własnej podświadomości, i dopiero na poziomie minus pięć pierwsze odkrycie, niewielki cmentarz, który zdumiewa nas, bo są tam daty zgonów wskazujące, że więźniowie przetrwali dłużej niż myśleliśmy, co najmniej jedno pokolenie. Są groby dzieci, niewielkie urny, dzieci które przyszły na świat po 56tym, po „zamknięciu projektu”. Robi nam się nieswojo. Więc trwali, starali się przetrwać, nie było apokalipsy, nagłej i –w naszym odczuciu- humanitarnej. Lecz grobów jest niewiele, może kilkaset, i daty urywają się kilkadziesiąt lat wstecz. Co się stało z resztą? Idziemy, wleczemy się przez mroczne korytarze, chcemy wiedzieć i nie chcemy. Ów cmentarz uzmysłowił nam chyba realizm sytuacji. Tragedię jaka się tu rozegrała. Zdaje mi się że wędrówka trwa nieskończoną ilość czasu a na pewno później, na ziemi, będzie mnie codziennie prześladować w snach. Mam fantazje o ciałach poskręcanych dekompresją, o tych rozczłonkowanych i zmiażdżonych, albo o tych, które wydają się spać, lewitować, zatrzymane w czasie. Już je prawie widzę, kątem oka, ale nie ma ich. Są natomiast ślady życia. Resztki zapasów żywności, kabiny pełne osobistych drobiazgów, przerzucone niedbale przez poręcz robocze spodnie, upuszczony w pośpiechu tablet. Wyryte już na zawsze pod powieką oka- detale. Niepokój narasta. Niektórzy kapłani zaczynają mamrotać egzorcyzmy, sugerować że w ciemności czai się zło. Ale to jedynie atmosfera, pustka, dojmujący brak ruchu. Chodzimy godzinami, rozdzielamy się i łączymy na powrót; w stada, procesje, pochody. Wiele kilometrów dalej docieramy na południowe lądowisko, okropnie zmęczeni, przynajmniej ja. Załoga Arki pierwsza zwraca uwagę na fakt, że ogromna sala została przerobiona na warsztat, wypełniają go monstrualne, dziwaczne urządzenia, dźwigi sklecone z dźwigów, platformy nabudowane na platformach, narzędzia z połączonych narzędzi. A w samym środku- dłuższą chwilę zajmuje nam ogarnięcie tej myśli- zaczernione, smoliste miejsce-po-starcie. Tak. Właśnie tak.

***

-Nie wierzę- mówię sam do siebie, odruchowo, ale najwyraźniej na głos, gdyż moje słowa odbijają się od ścian prowizorycznej montażowni kosmicznych promów i inicjują łańcuchową reakcję. Za mną, obok mnie, wszędzie dookoła, duchowni wszystkich religii padają na kolana i zanoszą się płaczem, modłami, pieśnią. Niektórzy zrywają z twarzy hełmy, i oddychają podejrzanym powietrzem. Inni leżą krzyżem na czarnej plamie, próbując się z nią zjednoczyć. Szamani tańczą. Sors immanis et inanis! Nikt nie jest do końca pewien, co oznacza nasze odkrycie. Jak to dogmatycznie zinterpretować, jak oswoić, nazwać.

***

I wróciliśmy, z zupełnie inną historią niż się wszyscy spodziewali. I był ferment, wzburzenie, powstało kilka bestsellerów, odbyło się parę prywatnych misji ze zdalnym, bezdusznym, bezzałogowym skanowaniem powierzchni księżyca, by się upewnić. Upadło kilkanaście religii, ruchy karmiczne zradykalizowały się a później zamilkły tracąc impet oraz wyznawców. Niewolnicy Samsary wysadzili w powietrze jedno z największych zachodnich miast. Ferment w mediach trwał do zeszłego roku, kiedy, jak wiecie, zastąpiła go druga wojna Wschodnia oraz inne świeżutkie apokalipsy. Owszem, zgadza się, widzę wasze uśmieszki, młodzi przyjaciele, i mam również na myśli rewoltę Hipotezy 4.0.2.

Ale ja nie zapomniałem. Tego nie sposób zapomnieć. Nie sposób wybielić, wytrawić do czysta niepokoju który rozdziera na kawałki wszystkie moje sny. Teraz, gdy patrzę w niebo, ja- prorok nowej, ultra pesymistycznej religii, zastanawiam się- kiedy powrócą. I myślę, że gdybym był na ich miejscu, gdybym został wystawiony na pewną śmierć, zdradzony jak oni- miałbym w sobie ogromne zasoby nieutulonego żalu. A może nawet zapiekłej urazy. Albo wściekłości i ochoty na międzygalaktyczną zemstę. Mecum omnes plangite! Mecum omnes plangite! Powiem wam, za każdym razem gdy urządzenia wykrywają jakiś statek w oddali, a potem okazuje się to fałszywym alarmem, za każdym razem pętla zaciska się mocniej. Czuję w kościach, wibrujących strachem, że to już niedługo. Zmarli powrócą zza grobu, by nas nawiedzać. Dać nam, na co sobie zasłużyliśmy. Alea iacta…Ot co.


Nie zaprosi nawet misia

R.I.Prescott



            Dziwne, to co najbardziej pamiętała ze starego mieszkania na poddaszu to lekko stęchły zapach, który uderzał w nozdrza, kiedy się do niego wchodziło. Zapach, który kojarzył się jej z bezpieczeństwem.  Znowu go poczuła, zanim jeszcze uśmiechnięta Joanna otworzyła jej drzwi.
- Cześć Wieszaku, widzę, że dotarłaś na czas. No wchodź, nie czaj się tak na tych schodach - energicznym gestem wciągnęła ją do mieszkania, jednocześnie wtaczając jej walizkę do przedpokoju. Przedpokój niewiele się zmienił, cztery białe ściany wypełnione drzwiami do pokojów, kuchni, łazienki i szaf. Joanna zmieniła tylko sposób jego oświetlenia, zamontowała podwieszany sufit i zrobiła w nim cztery kwadratowe świetliki. Siostra wyściskała ją mocno, przyjemnie było się przytulić do jej miękkości. W lustrze zobaczyła swoją bladą twarz przytuloną do jasnych włosów Joanny. Wyswobodziła się z jej ramion i przyjrzała siostrze. Joanna wyglądała zdrowo, ciepło z rumieńcami na policzkach i uśmiechem czającym się w kącikach oczu. Rozejrzała się po przedpokoju.
- Widzę, że znalazłaś sposób, żeby było tu jaśniej - powiedziała, zdejmując płaszcz i otwierając szafę po prawej na okrągłym grubym drągu samotnie wisiał jeden wieszak. Joanna, która już zdążyła pójść do kuchni, wystawiła z niej głowę.
- A tak, jak ci się podobają moje studnie światła? Chcesz herbaty?
- Fajna sprawa. Tak, ale tylko jeśli masz pu erh. - Powiesiła trencz w szafie, zamknęła ją i poszła do swojego pokoju. Wchodząc do niego usłyszała jak Joanna prycha obrażona.
- Pewnie, że mam, Wieszaku. I nadal potrafię ją zaparzyć tak, jak nikt inny.
Wieszaku - pomyślała Karolina. Tylko Joanna mogła do niej tak mówić. Zostawiła swoją walizkę w pokoju i poszła do siostry. Na stole stał już zestaw do parzenia herbaty. Uwielbiała te gliniane czarki, czajniczki, każdy do odpowiedniej herbaty, sitka, tacę. Był tam też chiński elektryczny czajnik z kontrolą temperatury wody, który przywiozła siostrze z Hong Kongu.
- Zostawiam to wszystko tobie, więc nauczę cię jak masz parzyć sobie dobrą herbatę. Nie możesz przecież pozwolić, żeby ta paczka z Yunnanu się zmarnowała, prawda? Siadaj siostra i ucz się. No i opowiadaj o tej nowej pracy w Australii. Poważnie dostałaś rolę w serialu? Jak długo tam będziesz? No i znowu nie będziesz się odzywać?
- Aśka, przecież wiesz jak jest ze mną, ale zawsze wracam, prawda? - uśmiechnęła się do siostry. Joanna machnęła zniechęcona ręką. Karolina kontynuowała - poza tym będę tam jakieś pół roku najwyżej, co to jest w porównaniu z twoim dwuletnim kontraktem. Na razie chcę sobie odpocząć, a przede wszystkim spędzić wieczór z tobą.
            Joanna pokazała jej język i się roześmiała. Potem zabrała się za odkrawanie kawałka sprasowanej w kostkę herbaty. Zapowiadał się wesoły siostrzany wieczór. Dobrze zaparzony i odpowiednio dawkowany pu erh działał lepiej niż wino. Poza tym na stole stała też puszka z oolongiem. Nie położą się dziś wcześnie do łóżek.

            Znowu, jak za dawnych czasów, siedziały przy dużym stole w kuchni. Wschodzące słońce padało na stół przez połaciowe okno, a one obie ziewały. Joanna postawiła na stole karafkę z wodą, trzeba było załagodzić skutki wypicia wczorajszego wieczoru ogromnych ilości herbaty, suszyło nie gorzej niż po alkoholu, ale głowa nie bolała. Potem podała Karolinie talerz z plastrami mozarelli i pomidorów przekładanych liśćmi bazylii. Postawiła też przed nią filiżankę czarnej, parującej kawy. Sama miała tosty, jajecznicę z boczkiem i kakao, wszystko to chrupała ze smakiem i radością. Karolina zazdrościła jej tego apetytu i pewności siebie.
- Kiedy masz samolot?
- O jedenastej, ale na lotnisku muszę być dwie godziny wcześniej.
Karolina spojrzała na zegarek. Miały jeszcze trochę czasu.
Joanna położyła na stole teczkę.
- Tu masz wszystkie dokumenty, pełnomocnictwa. Rachunki opłaciłam na pół roku do przodu. Jeszcze sprawa kluczy. Jeden komplet zostawiłam matce, na wszelki wypadek. Nie krzyw się, nasza matka jest specyficzna, ale jest na miejscu, a ty przecież zaraz też wybywasz w świat, a mnie tu w ogóle nie będzie, wiesz jak jest
Pokiwała głową. Joannie łatwo się mówiło, bo zawsze miała mocny charakter i nigdy nie przejmowała się matką.
- Ej no, Wieszaku, nie będziemy się dzisiaj smucić, obiecałaś.
Uśmiechnęła się z przymusem. To wielki dzień jej siostry, wylatuje do ukochanych Chin, spełnia swoje marzenia, nie należy jej tego psuć swoimi humorami. Postarała się nawet zjeść całe śniadanie, bo siostra bacznie jej się przyglądała.
            Odprowadziła ją do taksówki. Joanna przytuliła ją mocno i szepnęła jej do ucha:
- Dbaj o siebie Karolina, bardzo cię proszę.
- Nie martw się Asiu, będę o siebie dbała. Baw się dobrze w Państwie Środka. - Odszepnęła.
Taksówkarz chrząknął znacząco. Joanna szybko wsiadła, zamknęła drzwi, ale jeszcze wystawiła głowę przez okno samochodu i zawołała
- Acha, znając ciebie, kupiłam całą zgrzewkę wody mineralnej. Stoi w szafce koło zlewu.
Karolina pomachała jej na pożegnanie i wróciła na poddasze. Zamknęła porządnie drzwi, na dwa zamki, jak zawsze kiedy miała gdzieś być sama. Potem pobiegła do łazienki i zwróciła całe śniadanie. Dobrze, że Joanna nie będzie o tym wiedziała. Wypłukała usta, umyła zęby, przeczyściła je jeszcze nitką dentystyczną. Obmyła twarz w zimnej wodzie i wytarła ją starannie ręcznikiem. Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się do siebie. Jeszcze trochę i wszystko będzie dobrze. Poszła do kuchni, z szafki w rogu wyjęła stary moździerz, którego używała podobno ich prababcia. Postawiła go na stole. Obok niego ustawiała wszystkie elementy zestawu do parzenia herbaty. Na końcu postawiła elektryczny czajnik. Wyciągnęła też zgrzewkę wody mineralnej, którą zostawiła jej Joanna.

            Wyszła do przedpokoju. Otworzyła szeroko drzwi szafy, na drążku samotnie zwisał jej szary trencz. Znalazła włącznik światła, goła żarówka raziła oczy, jednak po chwili wzrok się przyzwyczaił. Rozejrzała się po wnętrzu szafy. Złożone stare łóżko polowe nadal tam stało. Weszła do środka, łóżko nie było nawet zakurzone, widocznie Joanna też pamiętała czasy ich dzieciństwa. Rozłożyła je, w środku były schowane dwa kolorowe jaśki i gruby równie kolorowy koc. Zadowolona wróciła do kuchni i powoli zanosiła do szafy wszystkie przygotowane rzeczy. Pożyczyła sobie niski kwadratowy stolik z pokoju Joanny i wstawiła do szafy. Zmęczyła się, ale było warto. Teraz została jej tylko jedna rzecz. Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyjęła dwa pudełka. Usiadła na łóżku i wsypała zawartość pierwszego do moździerza, potem drugiego. Wolno ubijała białe pastylki na proszek. Kiedy była zadowolona z efektu, położyła się na łóżku, zaskrzypiały stare sprężyny. Podłożyła ręce pod głowę. Zamknęła oczy. Wreszcie czuła się u siebie, bezpiecznie. Jak wtedy kiedy z Joanną bawiły się, że szafa to ich dom. Tylko tym razem nie zaprosi na herbatkę ani siostry ani lalek ani swojego ulubionego misia.

***
            Telefon uporczywie dzwonił. Joanna zaklęła pod nosem i sięgnęła po komórkę. Nie znała numeru, ale ponieważ był polski, więc odebrała. To była policja, jakiś aspirant zadawał pytania na temat jej krakowskiego mieszkania, potem pytał o Karolinę, nie rozumiała o co chodzi, przecież Karolina była w Australii. Potem ten policjant powiedział coś dziwnego. Joanna dotknęła ręką czoła.
- Mógłby pan powtórzyć jeszcze raz co pan powiedział?
- W pani mieszkaniu, w szafie znaleźliśmy zwłoki na polowym łóżku.  W zasadzie z ciała pozostał sam szkielet. Przypuszczamy, że to może być pani siostra.

czwartek, 22 września 2011

Kilim

R.I.Prescott

Do wynajętego domku Szewczenko dotarła późnym wieczorem. Z samego rana była umówiona z doktor Katoną, terapeutą w Zakładzie Psychiatrycznym w Arló. Zanim poszła spać, przejrzała raz jeszcze akta dotyczące Pétera Balogh'a, głównego powodu jej przyjazdu. Następnego ranka obudziła się przed świtem, zrobiła poranną gimnastykę, potem wzięła zimny prysznic. Na śniadanie zjadła jajecznicę z kiełbasą. Ubrała się w wygodne spodnie i sweter, zapakowała do torby dokumenty i wyszła z domku. Szeroka, udeptana droga prowadziła przez las, wychodząc wprost na jezioro, w którym jak w lustrze odbijało się poranne słońce, chmury i okoliczne wzgórza. Nad brzegiem osiem budynków otaczało centralnie ulokowaną białą willę, wybudowaną zgodnie z tradycyjną dla tego obszaru Węgier architekturą. Ośrodek był ogrodzony wysoką siatką, ale jedynie ona przypominała, czym był w istocie.
Przy bramie czekał na nią profesor Kende Farkas, dyrektor Sanatorium; tak okoliczni mieszkańcy nazywali to miejsce. Szewczenko ceniła tego pulchnego, niewysokiego mężczyznę o zagubionym spojrzeniu krótkowidza, zwłaszcza, że pod maską jowialnego starszego pana krył się chłodny i bardzo skuteczny profesjonalista. Profesor przywitał ją skinieniem głowy, gestem ręki zaprosił dalej, przy okazji wyjaśniając, że doktor Katona prowadzi poranną sesję z pacjentem, wobec tego spotkanie się przesunie i zaproponował kawę w jego gabinecie. Główną aleją otoczoną świerkami skierowali się w stronę białego budynku.
Profesor wpuścił ją do swojego gabinetu, sam poszedł, jak to ujął, zorganizować kawę. Czekając, poświęciła czas na przyjrzenie się kilimowi zawieszonemu na południowej ścianie. Kilim przedstawiał izbę z oknem, a w niej trzy tkające kobiety, czarno- rudo- i jasnowłosą, wszystkie o niezwykle niebieskich oczach. Farkas, wróciwszy z tacą, na której stał dzbanek, dwie filiżanki, talerz biszkoptów, cukierniczka i mlecznik, zauważył jej spojrzenie i uśmiechnął się pod nosem. Postawił tacę na stoliku przy fotelach, w których usiedli. Przez duże okno wykuszowe Szewczenko mogła obserwować przebywających na terenie zakładowego ogrodu pensjonariuszy. Jedna z pacjentek, drobna staruszka o białych włosach, stojąca blisko brzegu jeziora, jakby czując jej wzrok, odwróciła się i przeszyła ją chłodem niewiarygodnie niebieskich oczu. Było w tym krótkim, ostrym spojrzeniu coś znajomego i jednocześnie niepokojącego, jakby ktoś nagle poznał wszystkie mroczne zakamarki jej duszy. 
- Himes Pataki – wyjaśnił Farkas, widząc jej zainteresowania starszą kobietą. - Jedyna ocalała z masakry, która wydarzyła się wiele lat temu. Ta sama, którą widzi pani na moim kilimie. Zresztą kilim jest, między innymi, jej dziełem właśnie.
Otrząsając się z niemiłego wrażenie, spojrzała zaciekawiona, więc kontynuował:
- Pamięta pani, opowiadałem o Natorze Mészárosie, który przybył do Arló pod koniec 1920 roku i wszyscy się zastanawiali, co taki człowiek może chcieć robić w takiej dziurze jak ta. Mészáros był odludkiem, krążyły legendy o jego nieprzyjemnym charakterze i tajemniczych gościach odwiedzających jego dom oraz oczywiście o niezwykłym bogactwie.
- Pamiętam, powiedział pan też, że cały jego dom został zalany wodami jeziora, a po Mészárosie ślad zaginął i nikt go nawet nie szukał. Czyżby minął się pan z prawdą, profesorze?
- Nie do końca, droga pani, nie do końca, po prostu zostawiłem najciekawsze kąski na koniec. Otóż nasz tajemniczy Mészáros do Arló nie przybył sam, a z trzema siostrzenicami Himes, Csillą i Ibolyą.
W nagłym zrozumieniu podniosła rękę do twarzy, spoglądając jednocześnie na kilim, a Farkas roześmiał się tak zadowolony, że aż klasnął w ręce. Pochyliła się lekko ku niemu.
- Proszę opowiadać dalej, jestem zaintrygowana, masakra? Kroniki Arló nie wspominają o żadnym tego typu zdarzeniu.
- Tak jak mówiłem, Mészáros nie był lubianą postacią w miasteczku i ludzie stronili od niego i jego domu, ale tak naprawdę powodem ludzkiej niechęci były siostry. Myślę, że główną przyczyną była ich choroba.
Podniosła pytająco brew, więc pospieszył z wyjaśnieniami.
- Cierpiały, teraz to jasne, na zespół Aspergera, były po prostu autystyczne. W tamtych jednak czasach nie znano tej choroby, nie rozumiano jej i obawiano się. Rzeczywiście ich kontakt ze światem był bardzo ograniczony. Radziły sobie z codziennymi czynnościami, ale nie potrafiły się komunikować z otoczeniem. Mam wrażenie, że przemawiały do świata poprzez swoje kilimy. Największy pokój w południowo-zachodniej części domu został zamieniony na warsztat tkacki z trzema krosnami. Spędzały głównie czas w warsztacie, tkając. Każda z nich miała swoje kolory nici, których używała, każda z nich tkała swój fragment wzoru. Tworzyły niesamowite obrazy, jak sama może się pani przekonać, choć ludzie, która czasami pracowali w tamtym domu, mówili, że tkaniny są przeklęte, a siostry są wiedźmami. Przypuszczam, że fakt, że każda z nich miała inny kolor włosów i wszystkie miały to samo przeszywające beznamiętne spojrzenie błękitnych oczu tylko wzmagało te uprzedzenia.
Na chwilę zamilkł wpatrując się intensywnie w kilim, aż Szewczenko zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie widzi tam czegoś innego niż trzy długowłose tkające kobiety w izbie z oknem. Potem podjął opowieść.
- Wuja sióstr poznałem na początku 1925 roku, byłem wówczas młodym psychiatrą i przyznam, że ich przypadek bardzo mnie intrygował. Dowiedziałem się wtedy od niego, że ojciec zaginął bez wieści po urodzeniu się najmłodszej córki, a matka niedługo po tym popełniła samobójstwo. Mészáros zaopiekował się dziewczynkami, i po jakimś czasie postanowił wyjechać z nimi na wieś i pozwolić im w spokoju dorastać.
- To niezwykłe z jego strony – zauważyła powątpiewająco. Farkas znowu klasnął w ręce i zaśmiał się.
- Pani Nataszo, za to panią cenię, za to, jak pani doskonale rozumie ludzką naturę. Mészáros robił niesamowite kokosy na kilimach sióstr, ci wszyscy tajemniczy goście to kupcy zabijający się o możliwość kupienia cudownych dzieł sióstr Pataki, więc plotki o jego bogactwie miały realne podstawy. Interesy szły mu doskonale aż do wiosny dwudziestego siódmego.
Znowu zamilkł, a potem jakby z pewnym trudem podjął opowieść.
- To był piękny słoneczny kwietniowy dzień… – tu stracił swój ton beznamiętnego narratora. – Pani Nataszo, sama pani wie, że wiele w swoim życiu, szczególnie w pracy, widziałem strasznych rzeczy, ale nic nie zapadło mi tak w pamięć jak tamten dzień. To ja znalazłem powieszone starsze siostry na werandzie domu. Csilla, Ibolya, o szyjach owiniętych sznurem splecionym z żółtej przędzy, ich sine twarze, obrzękłe, z wywieszonymi językami, z wybałuszonymi oczami. Potem, w korytarzu natknąłem się na zmasakrowane w niepojęty sposób zwłoki Meszerosa. Pobiegłem do warsztatu. Wszystkie ściany poza jedną były czarne. Himes klęczała w rogu i zamalowywała pozostałą jasną przestrzeń. Ale wie pani, w tym wszystkim najbardziej przerażające wrażenie robił roztrzaskany na kawałki warsztat. Jeszcze do tej pory mnie prześladuje w snach.
- Ale co się tam stało? Jakim cudem nikt się o tym nie dowiedział?
Doktor spoglądał w jezioro. Pamiętał, jak bardzo źle spał tej nocy, jak śnił o wielkim krośnie, tkających siostrach i obrazach wychodzących spod ich rąk pełnych krwi, ciemności, przesyconych złem, złotowłosa Himes tkała beznamiętnie obrazy śmierci. Zbudził się wtedy mokry od potu i niewyobrażalnego przerażenia. Odwrócił wzrok w kierunku Nataszy i opowiadał dalej, znowu pozbawionym emocji głosem:
- Nie wiedziałem, czy Himes była sprawczynią czy ofiarą i nie chciałem wiedzieć, zresztą w jej stanie i tak trudno byłoby dociec prawdy. Nie zgłosiłem tego nigdzie, ani nikomu. Siostry i ich wuja zakopałem w ogrodzie przy domu. Osunięcie się w tym czasie  wzgórza Csahó sprawiło, że dom Mészárosa zatonął w odmętach wody, jak i ślady tragedii, która się w nim wydarzyła.
- A co się stało z Himes?
- Umieściłem ją w zakładzie w Mikolcu, gdzie byłem terapeutą. Niestety zachowywała się bardzo agresywnie, więc trzeba było ją zamknąć w izolatce. Po wojnie spłonął zakład w Mikolcu i pacjentów, w tym Himes, przeniesiono do Arló. Kiedy Himes ujrzała jezioro uspokoiła się. Różne rzeczy się działy, kiedy przenieśli pacjentów z Miskolca, ale Himes w tym wszystkim pozostała niewzruszona i nietknięta. Od wielu lat stoi przy oknie czy też na werandzie lub nad samym brzegiem i patrzy w jezioro.
Szewczenko przyglądała się tej, być może okrutnej zabójczyni, być może niewinnej ofierze, która stała spokojnie, patrząc w dal, trzymając jedną dłoń przy twarzy, przebierając delikatnie palcami, w sposób często spotykany u autystycznych ludzi. Czuła, że coś jej umyka, coś nieuchwytnego, coś co przeoczyła. Farkas był za cwany, żeby tak po prostu wyznać swój słaby punkt. Zanotowała w pamięci, że trzeba będzie sprawdzić jeszcze raz wszystkie dokumenty i zapiski dotyczące Arló.
Na małym boisku przed domem, pielęgniarze razem z pacjentami kopali piłkę. Farkas zupełnie znienacka rzucił:
- Wie pani, w 1928 roku József Takács zdobył tytuł króla strzelców. 25 sezon Nemzeti Bajnokság to był sezon, pani Nataszo. Nie ma teraz takich piłkarzy jak wówczas.
- Nie wiedziałam, że jest pan fanem piłki nożnej, Kende?
Profesor w odpowiedzi uśmiechnął się i zaproponował:
- Myślę, że powinniśmy pójść do pana Balogh'a, sądzę, że jest pani ciekawa jakie postępy poczyniliśmy w jego sprawie. Katona jest naprawdę niezwykłym terapeutą.

Po odprowadzeniu Nataszy do pokoju Arty, Kende wrócił do swojego gabinetu. Zamknął za sobą starannie drzwi, usiadł na kanapie i spojrzał na wiszący na przeciwnej ścianie kilim. Dostał go od Himes, pamiętał ten mroźny dzień, temperatury spadły wówczas do dwudziestu stopni poniżej zera. Ledwo wtedy dotarł do domu Mészárosa. Kiedy odtajał w cieple, zajrzał do tkaczek. Csilla i Ebolya stały przy oknie, Himes podeszła do niego, spojrzała mu w oczy i z uśmiechem podała zrolowany gruby materiał. Zaraz potem wróciła do krosna, usiadła na ławce, stopami przestawiła nicielnice i skupiła się na przetykaniu złotej nitki wątku przez szarą osnowę. Lubiła jasne kolory.
Kilim znów był rdzawy, ciemny jak wtedy, jedynie włosy Himes lśniły słońcem. Siostry tkały swoje płótna w nieskończoność, niewruszenie. W oknie izby widział jezioro i coś jeszcze, coś mrocznego, zupełnie jak wtedy. Przypomniał mu się wierszyk z dzieciństwa…

Ruda wiedźma wiedźmi rdzawo
szare włókna znacząc krwawo
mroczna wiedźma wiedźmi wrogo
plącząc wszystkie nici srogo
biała wiedźma wiedźmi szczerze
barwiąc słońcem w dobrej wierze

na krośnie nici naprzemiennie
kolorami się przeplatają
kiedy trzy wiedźmy niezmiennie
ludzkie życia tkają.