DRAMATIS PERSONAE

DRAMATIS PERSONAE




Pirjo Lehtinen - wielbicielka gorących napojów, szczególnie herbaty, kawy i czekolady. W wolnych chwilach zajmuje się spaniem.



R.I.Prescott - domowa bogini researchu.



Lewis Oliver - lubi słuchać gry na akordeonie i trzasków bata. Tresuje bestie w swojej głowie i wypuszcza je na papier.




środa, 4 kwietnia 2012

Ryty Świętego Walentego

Pirjo Lehtinen

„What are the roots that clutch, what branches grow
Out of this stony rubbish?”
T.S Eliot

Jeżeli podróżny wieczorną porą zgubi się w Londynie, powinien poszukać wzrokiem widocznej z każdego krańca miasta wieży Centre Point. Ten prosty, nieco staroświecki drapacz chmur przypomina wafelek lub plaster miodu, lecz gdy stoi się blisko, wywiera na obserwatorze piorunujące wrażenie. Trzydziestopiętrowa Axis Mundi z betonu i szkła w okolicy, gdzie wiktoriańskie kamienice wspinają się ledwie do dziesiątej kondygnacji -musi niepokoić, jak megalityczna kostka domina; gdyby się przewróciła, zmiotłaby z powierzchni połowę dzielnicy handlowej. Ale jest zakotwiczona; mocno, stabilnie sięga w głąb a między korzeniami pną się spiralne schody i wiją korytarze metra. Jeśli mnie spytacie, gdzie znajduje się serce miasta, mieści się ono właśnie tam, ukryte pod postacią majestatycznej wieży. Wieży wrośniętej z całych sił w ziemię, wystawionej na hałas i wiatr, dumnej, obserwującej wszystko z góry, nawet katedrę Świętego Pawła, nawet kolumnę Nelsona; nawet roztrzęsionego, podmytego Tamizą Big Bena.
Dlatego kawa w Starbucksie przy Tottenham Court Road stanowi jedno z najbardziej kojących codziennych doświadczeń, szczególnie jeśli siadam przy oknie na pierwszym piętrze, a okna nie są zaparowane. Powiedzmy wczesną wiosną, która zaczyna się w Londynie w połowie lutego. Wokół narastający bałagan, chaos, japońscy turyści, pracownicy BBC. Obsługa rzadko zagląda na pięterko, więc papierowe kubki piętrzą się, zostawiając lepkie okręgi na stolikach, parapetach i na darmowych popołudniówkach, wielokrotnie przewertowanych, ale nigdy nie czytanych zbyt starannie. Brak staranności jest właśnie źródłem spokoju, bo to jest nieporządek od lat ten sam, każdego dnia identyczny, bliźniaczy, przedruk poprzednich sezonów. Za oknem, oprócz preludium Oxford Street, czyli tłumów zakupowiczów cyklicznych jak kawa w jednorazowym kubku; za oknem widać fragment ściany wieżowca. Prosty jak struna i ciężki od odpowiedzialności. Kawałek słonia. Siedzisz obok i czujesz się jak strażnik świętego miejsca.

W każdym cyklu, oczywiście, musi być moment ryzyka, bez niego rytm nie zachowa zbyt długo sensu, czy też jak mówi mój szef -czystości. Raz do roku, a w przypadku Londynu rzecz dzieje się czternastego lutego, równowaga świata ulega zachwianiu. Jest to czas, gdy dogasają noworoczne wyprzedaże. W sklepach drugiej kategorii dostrzec można jeszcze ekshibicjonistycznie ustawione przy samych drzwiach wieszaki i trudno przegapić napisy na szybach od ulicy, krzyczące o okazji wycenionej na minus siedemdziesiąt procent; ale w porządniejszych miejscach, na New Bond i Regents królują wiosenne kolekcje, tym razem pastele i egzotyczne printy,  a wśród butów mokasyny i szpilki na ołówkowych obcasach. To ważne, to jest znacząca część rytu, balansowanie między nowym a starym, ostatnie dni karnawału. Sam dzień także nie jest przypadkowy, wybrano go ze względu na doskonały kamuflaż. Duże miasta z klimatem, nie wykluczając Londynu, uchodzą w pewnych kręgach za romantyczne. Osobiście nie nazwałbym tak Londynu, mam o nim zgoła odmienne zdanie, ale turyści, oni zachwycają się ofertą pubów, gdzie w półmroku można spożyć kolację za –bagatela – szesnaście funtów dla dwojga, zwieńczoną wytwornym deserem. Delektują się perspektywą spaceru szlakiem czerwonych serc, motywu powracającego do znudzenia na straganach i wystawach. Jeżdżą metrem, razem na jednym siedzeniu, on z butelką wina wystającą z torby niczym falliczny symbol, ona rozchichotana i nieletnia. Święto zdesperowanych i święto zakochanych. Bez względu na rozłożenie akcentów, tego dnia możliwe są najdziwniejsze zachowania, bo umysły ludzi spowija lekka, cukrowa mgła. Doskonały kamuflaż, mówiłem. Ikoną wydarzenia została właśnie nastolatka, podlotek w przykrótkim sweterku odsłaniającym brzuch. Jej atrybutami są balonik w kształcie serca i najnowszy model iPada. Towarzyszem okazuje się zwykle mężczyzna lub chłopiec, trzymający wybrankę – w zależności od przedstawienia – za rękę, pośladek lub pierś. To oficjalny wizerunek, ale szczegóły mogą się różnić. Bardzo ciężko jest odkryć dziewczynę, która danego roku stanie się uosobieniem przełomu, spersonifikuje i domknie rytuał. Czy będzie szła sama, czy z kimś? Czy będzie młoda, dziecko w  kostiumie kobiety, czy może będzie singielką po trzydziestce, jak ostatnia? Okaże się drobną Azjatką farbującą włosy na różowo, studentką Saint Martins, a może pyskatą Angielką z przedmieść, pracownicą banku? Nie wiedziałem, musiałem być czujny, musiałem szukać znaków.

Parzyłem czubek języka karmelowym macchiato, ignorując smsy od szefa, zdenerwowanego, że już dziewiętnasta, a ja nadal nie trafiłem na ślad. Ale byłem spokojny, jak nigdy. Strumień turystów kłębił się u moich stóp, nieskończone pary i coraz to nowe pojedyncze postacie zbłąkane w poszukiwaniu bratniej duszy i ciepłego, chętnego ciała, choćby na jeden wieczór. Desperacja potęgowana z minuty na minutę, odczuwałem to wzrastające napięcie nieomal organicznie. Stolik pod dotykiem dłoni delikatnie drżał. Ściana Centre Point opalizowała, jakby rozgrzewało ją od środka coś na kształt głodu. Choć hałas na zewnątrz sięgał zenitu, w moim wnętrzu stopniowo zapadła pełna oczekiwania cisza. Uwielbiałem ten stan kofeinowego skupienia. Telefon poruszył się anonsując wiadomość. Kierowany przeczuciem sięgnąłem wzrokiem poprzez szybę, na drugą stronę ulicy, gdzie w trakcie naciskania guzika, który miał przywołać dla niej zielone światło, a który był chłodny, wilgotny i było na nim milion zapomnianych odcisków palców – zobaczyłem Valentine.

Rytuał wymagał ofiary.
Miasto jej oczekiwało.
Nadszedł czas.

Dla mnie one zawsze nazywały się Valentine, bez względu na to, jak naprawdę miały na imię. Nie zadawałem sobie trudu, by się tego dowiedzieć. Valentine było imieniem sarenki uratowanej z potrzasku, gdy byłem dzieckiem, filigranowej sarny, którą i tak później musieliśmy uśpić, bo nie dało się jej wyleczyć. Wcześniej było także imieniem mojej mamy. Nieważne jak mocno się starasz, niektórych rzeczy nie da się ocalić, prawda? Gdy zmarła mama, nie rozumiałem co się dzieje, ale gdy konała sarna, płakałem po raz pierwszy i jeśli mnie pamięć nie myli – ostatni. Ufne spojrzenie młodego zwierzątka, oczy wpatrzone we mnie, czarne, mokre od łez, pomogły mi poradzić sobie także z odległym wspomnieniem o matce. Jej ostatnia myśl była o mnie, czułem to. Ulotna myśl sarny. Zabiłem i pochowałem na krawędzi lasu cały smutek mieszkający w mojej duszy i jątrzący się latami niczym zakażona rana. Byłem czysty.

Tegoroczna Valentine miała sylwetkę modelki, górowała nad tłumem. Nosiła buty, które dodawały jej kilkanaście centymetrów i była wyraźnie smutna. W zasadzie balansowała na granicy płaczu. Ubrana w sposób sugerujący niedawną randkę: koronkowy top, spod którego wysuwało się ramiączko stanika. Króciutka spódnica. Szpilki. Zapach perfum, mocnych i rozerotyzowanych, wyczuwalny nawet przez szybę; poprzedzał ją, przygotowywał dla niej miejsce. Włosy miała w nieładzie, a były to włosy gładkie i błyszczące, układane kilka godzin temu przez dobrego fryzjera. Czułem ją blisko, przykładając czoło do dzielącej nas szyby, chwytałem poprzez szkło, przez zapach perfum i bieliznę, czułem, jakbym dotykał: wyraźny odcisk męskiej dłoni z tyłu, w pasie i odrobinę na plecach dziewczyny, w tym miejscu za kilka godzin mógłby pojawić się siniak.
Mógłby, lecz tego miejsca za kilka godzin nie będzie, pomyślałem. Wypijemy kawę, może dwie. Wymienimy parę pocałunków, jej usta będą miękkie i drżące, bo przecież odpowiednio do okoliczności – zdesperowane. A potem dziewczyna zaproponuje, żebyśmy pojechali do małego mieszkanka w Camden, wynajmowanego na spółkę z koleżanką, ale koleżanka spędza całą noc u chłopaka –szczęściara –więc jest ono wolne i przyjazne, ze świeżo zaścielonym łóżkiem i szampanem mrożącym się w lodówce. Będzie trzymała moją rękę tą na przemian chłodną i gorącą dłonią, palcami o unikalnym odcisku, a jej serce będzie trzepotać w narastającej nadziei na happy-end. Będę ją prowadził przez spiralne schody i głębokie korytarze metra wprost w ściśnięte głodem trzewia Centre Point. Na miejsce, na właściwe miejsce. Na skrzyżowanie dróg. Na rozstaje. W nieruchomy fundament umieszczony pod stopami tłumów. Tłumów romantycznie pobudzonych, spacerujących bez ładu i składu, chwiejących się pijacko między karnawałem a postem. Tam, gdzie korzenie czerpią z ziemi życiodajny sok.
Otrząsnąłem się i jeszcze raz na nią spojrzałem. Valentine zmierzała w stronę kawiarni, balansując na wysokich szpilkach, a za nią łopotał płaszcz i płynął obłok perfum mocnych jak kadzidło.

W lewej ręce trzymała czerwony balonik w kształcie serca. Falliczny symbol, pomyślałem. Jest w tym moc.

Jeżeli wieczorną porą podróżny… Bieg na dół zajął mi dosłownie kilka sekund. Uniosła wzrok, skupiając na mnie po raz pierwszy rozkojarzone spojrzenie pięknych, ciemnych oczu. Oczy sarny, która jeszcze nie wie, że znajduje się w potrzasku.

 –Zgubiłaś się?  – zapytałem, otwierając przed nią drzwi. 


                         rys. Czarli

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Śnieg

R.I.Prescott

Jeśli zimową porą podróżny przysiądzie na wieży Kościoła Mariackiego, to na pewno otrzepie swoje skrzydła z płatków szronu, które ze sobą przyniósł.
Młody człowiek stojący ze znakiem ogłoszeniowym przy ujściu Siennej schowa w pośpiechu książkę, którą czytał, żeby uchronić ją przed nagłym atakiem śniegu z nieba. Owinie się mocniej długim kolorowym szalikiem, naciągnie na uszy czapkę i zatupie niecierpliwie nogami.

Dziewczyna, która go mijała, zobaczy tytuł chowanej książki - dzienniki. Przystanie na chwilę tknięta pomysłem, który wpadł jej właśnie do głowy, obrzucając jednocześnie chłopaka spojrzeniem kocich zielonych oczu. Potem na myśl o gorącej czekoladzie z wielkim białym kleksem bitej śmietany, ruszy szybko w kierunku Brackiej. Nie zauważy, jak młody człowiek tęsknie spojrzy za jej wysoką smukłą sylwetką otuloną w czarny płaszcz i czerwień długich włosów.

Podróżny uśmiechnie się pod nosem, zatrzepocze skrzydłami raz jeszcze.

Mała dziewczynka w niebieskim płaszczyku tańczy wesoło wśród wirującego śniegu, śmiejąc się perliście.  Nagle przystanie, przechylając lekko główkę, spojrzy w Sienną. W podskokach podejdzie do rodziców i powie, że chciałaby barszczyku w ceramicznym kubku, takim, jaki sprzedają na jarmarcznym stoisku. Rączką w różowej rękawiczce wskaże otoczoną choinkowymi girlandami drewnianą budkę, gdzie pyzate kobiety w chustach na głowie kuszą smażonymi pierogami, pieczoną kiełbasą, domowym żurkiem i innymi pysznościami. Rodzice zaskoczeni, że córka nie prosi jak zwykle o kupienie kolejnej niepotrzebnej zabawki, spełnią jej prośbę. Matka, o zmęczonych, szarych oczach poda córeczce kubek, odgarnie opadające włosy. Córeczka, z poważną miną, niosąc kubek uważnie, tak, żeby nie uronić ani kropli parującej zupy, podejdzie do młodego człowieka w śmiesznym szaliku, który stoi ze słupem i poda mu barszcz. On zaskoczony przykucnie, podziękuje małej i zaproponuje, żeby się podzielili zupą. Wzruszona zachowaniem dziecka matka, chwyci męża za rękę. Mąż, w nagłym odruchu czułości, który sam go zaskoczy, zatrzyma rękę kobiety w swojej dłoni. Dokupią dwa kapuśniaczki i przyniosą córeczce i jej nowo poznanemu przyjacielowi. Stojąc razem w padającym śniegu odkryją, że właśnie czytają tę samą książkę - “Dzienniki gwiazdowe” Lema. Podzielą się wrażeniami, razem starając się wytłumaczyć małej, o czym ta dorosła książka jest. Dziewczynka, z buzią umorusaną okruchami kapuśniaczka i uśmiechem zabarwionym barszczem, stwierdzi stanowczo, że Ijon z wtorku jest najlepsiejszy.

Mąż przytuli żonę, pocałuje ją w czoło, jej szare oczy zabłysną. Obydwoje się uśmiechną, wygładzą się czoła, na chwilę znikną troski. Dziewczynka będzie chciała na barana, ojciec bez wahania posadzi ją na ramionach, a córeczka cmoknie go w łysinę. Żona zachichocze. Odejdą objęci, szczęśliwi, machając młodemu człowiekowi w szaliku.

Chłopak, pokrzepiony barszczem i kapuśniaczkiem, pomyśli o tym, jakie to cudowne przeżycie i szybko wyjmując telefon komórkowy podzieli się nim z przyjaciółmi, jednocześnie wiedząc już, jak będzie wyglądała bohaterka jego najnowszego opowiadania. Wyciągnie z wewnętrznej kieszeni kurtki mały notesik, i mimo padającego śniegu, mimo uwierającego znaku, zacznie pisać.

Pod jego wpisem na facebooku pojawi się kilka zdumionych komentarzy, dużo osób polubi ten wpis. Część zacznie rozmawiać na temat Lema, część na temat barszczu, a ktoś stwierdzi, że i tak woli pierogi. Znajoma czytająca jego wpis na Plantach uśmiechnie się do przechodnia.

Przygarbiony człowiek, z zaciśnięty pięściami w kieszeniach kurtki, wyraźnie przytłoczony problemami w pracy, brnący przez Planty, nagle poczuje się lepiej. Mijając dziewczynę, czytającą coś z komórki, zobaczy jak ta podnosi głowę i uśmiecha się do niego promiennie. Ten nagły, bezinteresowny uśmiech był tym, czego potrzebował, żeby wróciła mu wiara w ludzi i życie. Zadzwoni do żony i zaprosi ją do Nowej Prowincji, miejsca, gdzie się poznali. Żona, która od dawna wyczekiwała z jego strony jakiegokolwiek znaku, że wciąż ją kocha, po raz pierwszy od dawna poczuje się szczęśliwa. Wyciągnie z szafy czerwoną sukienkę. Siedząc przy stoliku nad filiżankami czekolady ozdobionej kleksem śmietany odkryją ponownie swój dotyk.

Niedaleko nich, przy stoliku przyjaciele żegnają młodą dziewczynę. Dziewczyna wylatuje do Londynu. Nie wie jeszcze, ile dobrego przyniesie jej ta podróż, ale na razie cieszy się rozmową z tymi, za którymi będzie tęsknić. Rudowłosa koleżanka każe jej koniecznie prowadzić dzienniki z podróży.

Podróżny zadowolony rozwinie swe skrzydła, wzbije się w powietrze.

Zawiruje w powietrzu śnieg.


wtorek, 20 marca 2012

Jak Irenka zapisała się na studia

R.I.Prescott
 
[1]
Irenka mieszkała w małym mieście z matką. Obok małego miasta było duże miasto, a w nim wielka stara uczelnia. Irenka marzyła o studiach. Wiedziała, że w wielkiej uczelni jest specjalny budynek, gdzie pracują ludzie, którzy pomagają się dostać na studia. Znalazła do nich numer telefonu, zadzwoniła i powiedziała, że chce studiować. Usłyszała, że nie ma problemu, że musi sobie założyć jakieś konto w czymś co się nazywa internet. Irenka nie miała tego internetu, więc powiedziała, że przyjedzie. Ubrała się w białą bluzkę, czarną spódnicę, rajstopy i te czółenka, które niedawno sobie kupiła. Włosy zaczesała w kucyk, chwyciła torbę pod pachę, sprawdziła, czy ma pieniądze. Pani Halinka z naprzeciwka, ta co jej młodszy syn studiuje medycynę,  mówiła jej, że trzeba tam zapłacić siedemdziesiąt pięć złotych za te studia. Poszła spokojnym krokiem na stację, wiedziała, że pociąg będzie na nią czekał. Stał piękny lśniący w słońcu, gotowy zawieźć ją do wielkiego miasta. Wsiadła, serce jej waliło w rytm stukotu kół, wreszcie spełni się jej wielkie marzenie. Dawno temu skończyła technikum elektryczne, zrobiła maturę, ale potem jakoś losy się dziwnie ułożyły i nie mogła studiować. Teraz chciała to zrobić również dla Haneczki. Haneczka studiowała historię, była panią magister. Biedulka umarła przy porodzie, ale zawsze powtarzała Irence, że warto się uczyć. Przyjaciele z biblioteki mówili to samo.
[2]
Pokój był piękny, zielony, z wielkimi biurkami, szafami z oszklonymi drzwiami, na biurkach stały śliczne zielone lampki - takie jak w bankach, Irenka widziała takie na filmach w telewizji. Lubiła filmy o starych czasach, szczególnie podobały się jej te eleganckie kapelusze i stroje kobiet. A tu wszystko wyglądało prawie jak z filmu. Było tłoczno, zaaferowani młodzi ludzie wchodzili i wychodzili. Przy biurkach siedziało troje osób, rozmawiali przez telefony, stukali w deseczki na blatach  i zaglądali w płaskie telewizorki. To muszą być te komputery, co je widziałam w reklamach - pomyślała Irenka. Obciągnęła bluzkę, przygładziła włosy i podeszła do kobiety siedzącej z brzegu pierwszego biurka, która właśnie odłożyła słuchawkę telefonu i wzięła do ręki zielony mazak. Zakreśliła coś nim na papierze i powiedziała “aua” odkładając go na miejsce. Śmieszna ta pani - pomyślała Irenka - zachowuje się jakby zraniła się w palec, a przecież tylko pomalowała go sobie na zielono. Ale wygląda sympatycznie, więc na pewno pomoże.
- Chciałabym się dostać na studia - powiedziała do niej.
- A ma pani założone konto w systemie?
- Jakie konto? - zdziwiła się Irenka.
- Konto, dzięki któremu będzie się pani mogła zarejestrować na studia. W internecie.
- No, ale ja właśnie nie mam tego internetu, a chcę zapisać na studia, przecież to się musi dać. - patrzyła wyczekującą na zielonopalcą. Kobieta zrobiła niezdecydowany ruch głową, w końcu wskazała ręką stolik przy drzwiach z dwoma telewizorkami.
- Tam są komputery dla kandydatów, może pani sobie założyć konto i się zarejestrować na studia - mówiąc to chwyciła dzwoniący telefon i odwróciła się do Irenki plecami. Irenka rozejrzała się po pokoju, wszyscy byli zajęci, ale miejsce przy tych komputerach wolne. To pewnie tam trzymają ten internet, o którym tyle mówią. Poszła i usiadła w brązowym fotelu. Przed nią leżała czarna deseczka z przyciskami, trochę jak klawiatura maszyny do pisania, tylko płaska, a obok dziwne małe urządzenie ze sznurkiem. W drugim fotelu usiadła dziewczyna z warkoczem, Irenka od razu wiedziała, że sympatyczna, dobrze jej z oczu patrzyło.
- Pani też się na studia zapisuje?
Dziewczyna kiwnęła głową, zajęta szukaniem czegoś w czerwonej tekturowej teczce.
Irenka rozejrzała się wokoło, zobaczyła śliczną szczuplutką rudą dziewczynę:
- Proszę pani, może mi pani pomóc, chcę się zapisać na studia.
- Ma pani konto w systemie?
- No właśnie nie mam jeszcze, kochanieńka, ja to nie bardzo potrafię, to proszę cię pomóż mi.
Ruda zaczęła Irence pokazywać co należy zrobić, kiedy ruszała tym dziwnym obłym przedmiotem koło tej płaskiej maszyny do pisania, na telewizorku śmigała mała biała strzałka.
- Widzi pani, tutaj trzeba założyć konto, proszę przeczytać warunki, jeżeli je pani akceptuje, trzeba myszką zaznaczyć te kwadraty, o, tutaj - dziewczyna ruszyła tym obłym kształtem, to musiała być ta myszka, o której mówiła, i strzałka wskazała kwadraty obok bloku tekstu. Irenka dostała wypieków, jej studia były tak blisko.
- To zaznacz je kochanieńka i mów co mam dalej zrobić.
Ruda spojrzała na nią w zadziwieniu, pewnie, że się dziwi, że taka Irenka na studia chce, ale przecież każdy może, i zaznaczyła kwadraty na ekranie i coś jeszcze zrobiła. Na ekranie pojawił się jakiś formularz, dziewczyna zwróciła się do Irenki
- Teraz musi pani wypełnić te wszystkie pola.
- Ale jak ja mam to zrobić?
- Myszką pani najeżdża na pole i z klawiatury wpisuje informacje, jak w polu pojawi się kursor, o taki, widzi pani? - rzeczywiście w polu migała taka czarna kreska.
- A z klawiatury, to tak jak w maszynie do pisania, prawda?
- Tak, tylko wszystko się pisze na ekranie, o widzi pani - dziewczyna coś szybko wstukała na tej klawiaturze i rzeczywiście, na ekranie w tym białym polu pojawiły się literki. - Proszę teraz wpisać swoje imię, nazwisko i resztę informacji, a jak już pani to będzie miała to wybrać przycisk "dalej".
Irenka patrzyła na to jak zaczarowana. Wiele słyszała różnych rzeczy o tym internecie i tych komputerach, ale to co innego móc tego dotknąć i zobaczyć jak to fajnie działa. Irenka postanowiła, że też musi mieć komputer. Ruda dziewczyna w międzyczasie odeszła, zostawiając ją przed tym telewizorkiem. Irenka niepewnie ujęła myszkę i spróbowała najechać na pole, gdzie miała podać swoje imię i nazwisko. Aż zapiekły ją policzki z wrażenia, kiedy zobaczyła migający kursor, a potem jej imię, które sama wpisała, wybierając wskazującym palcem odpowiednie litery. Teraz nazwisko, a potem adres - wszystko okazało się być naprawdę proste. Przy wypełnianiu informacji o wykształceniu trochę się pogubiła, jednak miła sąsiadka z drugiego komputera bardzo jej pomogła. Potem pojawiła się ruda, okazało się, że ma na imię Kasia i sprawdziła czy wszystko jest dobrze. Pomogła Irence też założyć konto imejlowe, tak je nazwała, żeby Irenka mogła dostawać wiadomości przez internet. W pokoju nadal było bardzo dużo ludzi, ktoś wchodził, wychodził, cały tłum, który tak jak i Irenka chciał studiować. Irenka chłonęła to wszystko całą sobą, w końcu to już prawie jak studia. Podobał się jej ten pokój niezwykle, był taki biblioteczny. Ktoś dotknął jej ramienia:
- Pani Irenko - powiedziała rudowłosa - musimy jeszcze zrobić rejestrację, jeśli chce pani studiować.
- Ale pani mi pomoże, pani Kasieńko, prawda?
- Pomogę - westchnęła Kasieńka i w ciągu kilkunastu minut Irenka była już zarejestrowana. Pan Kazio, tak nazywała go zielonopalca, też trochę pomagał. Wyglądał na takiego, co wie  dużo rzeczy, więc Irenka zapytała go, czy się dostanie na studia. Powiedział, że na pewno. Pan Kazio miał takie piękne niebieskie oczy, i okulary. Musiał być mądry, i na pewno wiedział co mówi. Tylko taki trochę roztargniony jakby, bo nie słyszał wszystkich pytań, które mu zadawała, jak na przykład teraz, a to ważne było.
- Panie Kaziu, a czego się na tej historii trzeba uczyć - chwyciła go za rękaw.
- Na przykład pani Irenko, o tym jak to dawniej ludzie żyli.
- A to wiem panie Kaziu, to Łoktek mi ostatnio opowiadał.
- Chyba Łokietek pani Irenko, to był król Polski.
- Wiem, wiem, no przecież opowiadał mi wszystko, co myśmy się pośmiali z Łoktkiem, to nasze. W bibliotece go spotkałam. Dużo ludzi spotykam w bibliotece, wie pan?
Kazio zrobił taką zabawną minę, zamachał na Kasię, która podeszła do nich.
- Kasiu, pokaż pani Irenie, gdzie jest numer konta, dobrze?
Dostała od rudej Kasi numer konta, na które trzeba wpłacić pieniądze. Bank był zaraz obok, w budynku, więc Irenka szybko poszła zapłacić. Za drewnianym blatem siedział miły pan, na wizytówce miał napisane Henryk, Henio, ładnie - pomyślała Irenka. Pan Henio szybko dokonał wpłaty i dał jej potwierdzenie. Tak jak przykazała jej Kasieńka, wróciła do tego ślicznego zielonego pokoju i podała zielonopalcej kwitek. Kasieńka do zielonopalcej mówiła Alutka. Śmiesznie tak. Alutka coś wstukała w klawiaturę, zrobiła sobie kopię potwierdzenia na takiej dużej maszynie stojącej w rogu pokoju przy drzwiach i powiedziała:
- Pani Irenko, pani rejestracje jest potwierdzona. Proszę pamiętać, żeby sprawdzić swoje konto dwudziestego drugiego i jeżeli będzie pani zakwalifikowana do przyjęcia to będzie pani miała dwa dni na wpisanie się na studia.
- Pani Alutko, to ja wtedy przyjadę, dobrze i pani mi powie wszystko, dobrze?
Zielonopalca spojrzała na nią poważnie
- Dobrze, niech pani przyjedzie, tylko proszę mieć ze sobą wszystkie dokumenty, zdjęcie i świadectwo maturalne, dobrze? Podanie wydrukujemy na miejscu. Proszę też przywieźć te karteczki, które napisała pani Kasia, będą bardzo potrzebne.
- Oczywiście proszę pani, no przecież ja głupia nie jestem, schowałam je sobie do portfela, o widzi pani - pokazała zielonopalcej swój zielony portfel i schowane w nim karteczki.
- Bardzo dobrze, pani Irenko. Widzimy się dwudziestego drugiego, ale rano, tak?
[3]
Irenka wyszła z budynku zadowolona bardzo, w końcu udało się, będzie studiowała, ten sympatyczny pan Kazio powiedział, że na pewno się dostanie na studia, tylko, żeby nie zapomniała się wpisać. Dzień był piękny, słoneczny, Irenka miała jeszcze trochę czasu do pociągu, zawsze wiedziała jak jeżdżą pociągi, kiedy wyjść na dworzec, żeby pociąg na nią czekał. Pomyślała sobie, że dobrze by było kupić sobie jakąś książkę, skoro ma studiować, to na pewno będzie musiała dużo czytać. Zobaczyła starszego pana w kapeluszu i z parasolem i zapytała go o najbliższą księgarnię z dobrymi książkami.
- Wie pan, będę studiować historię, to muszę czytać.
Pan uśmiechnął się sympatycznie i powiedziała, że skoro tak, to niedaleko jest taka księgarnia, w której zanim kupi się książkę, można ją sobie najpierw poczytać przy kawie lub herbacie. Irence bardzo spodobał się ten pomysł, wypytała pana dokładnie jak dojść do tej księgarni i dzięki temu znalazła ją bardzo szybko. Weszła do środka, książki się do niej uśmiechały z półek, wzięła jedną do ręki, która nazywała się “Małe trolle i duża powódź”. Zabrała ją do stolika, poszła po kawę i tartę owocową. Kiedy wróciła, Mama Muminka i Muminek już tam siedzieli czekając czy im pomoże znaleźć Tatusia. Irenka wiedziała, że pomoże, że zdąży przed pociągiem i że zabierze ich wszystkich i tego śmiesznego stworka, co jeszcze nie miał imienia, ale wkrótce będzie je miał, ze sobą do domu.